AAAAAAA!!! Nie wytrzymam…

19

Miarka się przebrała. Czara goryczy już nie utrzyma. Mam tego dosyć. Jak długo mam patrzeć na to zakłamanie? Na to wynaturzenie? Czy Wy tego nie widzicie? …że mam podać przykłady? Proszę bardzo!

Pani, nazwijmy ją „A”, od rana do wieczoru poprzez portale społecznościowe zachwala pewne produkty. I niby nic w tym złego, ale… przecież wiem, że ona ich nie cierpi! Mówiła mi o tym w piątek… Szukam usprawiedliwienia. No i jest! Jej firma obsługuje producenta tych produktów. „Aaaaaa, się sssprzedała” – dodaję w myślach.

 

 

Próbuję uwolnić umysł od natrętnych analiz przyczyn takiego postępowania…
Nurkuję w oceanie wirtualnych treści video. 4 mln widzów! 1 mln dających „suba”! Wow! To jest wynik godny dobrego showmana. Oglądam… chociaż zapewne jak powiedziałaby większość „Odpalam”. I znów to samo! Moje ciało zaczyna wyginać się, rytmicznie rzucane spazmami. Kilku panów, niby śmiesznych, niby zabawnych, opowiada milionom o tym, jak zrobić komuś żarcik. Przy okazji, co pewien czas, niby tak od niechcenia, błagalnie zawodzi domagając się „suba”. „Hejka, dajcie suba!”, „Jeśli się Wam podoba, to dajcie suba”, „Hahaha, dajcie suba!”. I tak w nieskończoność. Bo te „suby” podobno warte są duuużo pieniędzy… „Czy ci ludzie nie mają za grosz godności?” – pytam sam siebie w myślach…

Wynoszę się z wirtualnego świata i sięgam po gazetę w wersji „starodawnej”, czyli papierowej. Na jednej stronie „niezależny test konsumencki”… O, to coś dla mnie! Czytam z wypiekami na policzkach o produkcie dla graczy – tak, bywam graczem. Wygrywa jednoznacznie produkt „X”. I kiedy już chcę go zamówić w sklepie internetowym, przypominam sobie zdanie mojego kolegi: „Wygrywam każdy test konsumencki. Pod jednym tylko warunkiem – na ostatniej stronie muszę wykupić reklamę”… „Aaaaaa!!!” – zaczynam krzyczeć w myślach. Pełen lęku i obaw odwracam powoli pismo… Nie muszę pisać, kto tam właśnie się reklamuje.

To jest dramat… To się nie dzieje… Chcę uciec! W głowie słyszę melodię: „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi…”. I wtedy podchodzę do okna. Otwieram je, wychylam się i patrzę… Wpadam w stupor katatoniczny. Uwalniam umysł od złych myśli, ludzi i energii. Widzę tylko ją… Moją Sylvię. Wspominam czas, gdy ja poznawałem, gdy marzyłem o tym, aby ją posiąść. To były wspaniałe czasy. Bardzo niewiele osób potrafi się nią dzisiaj zachwycić. Dostrzec jej piękno. Zrozumieć jej historię. Pamiętam, że od samego początku wiedziałem, ze Navan doda jej blasku, ze Tein zadba o doświadczenia, Apexi zaś doda szlachetności w odbiorze.

Mógłbym tak bez końca. Tych detali, powodujących, że jej metamorfoza działa na mnie tak kojąco, jest wiele. Wszystkie sam wybierałem, wszystkich sam szukałem. I o wszystkie sam walczyłem. Silvia jest ze mną prawie dziesięć lat. Nigdy mnie nie zawiodła…

Jej pełne imię brzmi Nissan 200SX S14 – zwany na rodzimym rynku pierwotnie właśnie Silvią. Wtajemniczeni dodaliby japońskie „Zenki”.

No i teraz wypadałoby się jakoś zgrabnie odnieść do początku tego tekstu…
Z tym tylko, że nie mam takiego zamiaru. Po prostu życzę wszystkim, aby mieli swoja Silvię i nigdy o niej nie zapominali… bo jest spora szansa, że bez niej ten świat zjadłby nas w sekundę.

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };