Autentyczność ponad wszystko

4 156

Jak stworzyć festiwal, któremu, mimo niewielkich budżetów i braku gwiazd o globalnej rozpoznawalności, z roku na rok będzie ufać coraz więcej osób, czyniąc wydarzenie jednym z najważniejszych w swojej kategorii? Jak przekładać pasję oraz zaangażowanie na wizerunkowo i strategicznie spójną całość? O kulisach jednego z najbarwniejszych wydarzeń w kraju nad Wisłą – Up To Date Festivalu, goszczącego tysiące miłośników muzyki elektronicznej oraz basowej tak z Polski, jak i zagranicy – opowiadają jego twórcy: Jędrzej Dondziło oraz Cezary Chwicewski, działacze białostockiego Pogotowia Kulturalno-Społecznego.

Jesteście twórcami jednego z bardziej wyrazistych dzisiaj festiwali w naszym kraju, który łączy, zdawałoby się, dość odległe wobec siebie światy – mowa tu o muzyce elektronicznej, wciąż bardzo niszowym zjawisku w naszym kraju, oraz m.in. hip-hopie. Co takiego wyróżnia Was na tle innych tego typu inicjatyw, że z roku na rok ufa Wam coraz więcej gości i przedstawiani jesteście jako jeden z najważniejszych dziś festiwali w Polsce?

JD: Najłatwiej jest mi to rozpatrywać, mając na uwadze formułę naszego festiwalu. Jesteśmy świadomi czynników, które mogą wpływać na to, że może być nam nieco ciężej niż innym festiwalom, przez co dążymy do zrównoważenia ich innymi działaniami…

…a na czym polegają te trudności?

JD: Pierwszą rzeczą o której myślę, jest nasza lokalizacja. Białystok jest nieoczywistym miejscem na festiwal, na który mają przyjeżdżać ludzie z Polski i zagranicy. Staramy się jednak przekuć to w nasz atut – staramy się przekuć Białystok w miejsce owiane aurą egzotyki, miejsce nieodkryte, które nie jest typowym celem turystycznym dla Polaków i zagranicznych gości. To pierwsza rzecz. Tę nierozpoznawalność miasta staramy się przełożyć na pewnego rodzaju intrygę – chcemy wzbudzić zaciekawienie, by ktoś pomyślał: „Jak właściwie jest w tym Białymstoku, skoro odbywa się tam tak dziwny festiwal?”. I tu można powiedzieć o samej formule naszego festiwalu, ponieważ ta jest nieporównywalna z żadnym innym w kraju – od samego bowiem początku staramy się łączyć dwie dość odległe od siebie kultury, czyli kulturę muzyki elektronicznej – klubowej oraz nie-klubowej – a także hip-hopu. Te dwa światy nie funkcjonowały nigdy na taką skalę obok siebie, w czasie jednego eventu.

CCh: Warto tu podkreślić, że Jędrek, mówiąc o formule, ma z pewnością na myśli to, jak zaczynaliśmy siedem lat temu, gdyż dzisiaj, tych kilka lat później, okazuje się, że na rodzimym, jak i światowym rynku festiwalowym, jest już więcej imprez stawiających na szerszy eklektyzm muzyczny z naciskiem na koegzystencję hip-hopu i techno. Festiwale zaś, w ramach których te gatunki w żaden sposób nie funkcjonowały, uzupełniły swoją ofertę.

JD: Nasz festiwal był i jest pewnego rodzaju eksperymentem, który jak widać się udał. Kontynuując odpowiedź na Twoje pytanie, mamy zatem lokalizację, formułę oraz pomysł na promocję. Wiedzieliśmy, że, aby ściągnąć gości do Białegostoku, który jest dla większości jednak „dalej” niż „bliżej”, należało wymyślić coś, co przekona do zaproponowanej przez nas formuły. Mając świadomość tego, że obracamy się w niszowej jednak kulturze, która jest pozbawiona wielkich nazwisk rozpoznawalnych na ulicy, trzeba było wymyślić coś, co zainteresuje ludzi tym „produktem” – ponieważ, czy tego chcemy, czy nie, aby sprzedać bilety na festiwal, musimy myśleć o festiwalu w kategoriach „produktu”. Trzeba było zatem opracować konkretną wizję komunikacji tego wydarzenia.


Jak zatem skutecznie budować markę takiego dość niewygodnego, jak sami mówicie, festiwalu? Jaki jest Wasz pomysł na funkcjonowanie?

JD: W naszym kraju jest coraz więcej festiwali, publiczność staje się coraz bardziej świadoma, przez co na znaczeniu zyskują wydarzenia profilowane w myśl zasady, że, „gdy coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”.

CCh: Przez to, że do Białegostoku nie jest łatwo dotrzeć – i nie mam tu na myśli tylko ludzi z Polski, ale i zagranicy, bo najbliższe lotnisko jest w Warszawie – musieliśmy wypracować bardzo konkretny i „globalny”, z jednej strony, kształt całego wydarzenia, ale również nadać mu, z drugiej, lokalny charakter, co spowoduje, że pokochają go również ludzie z Białegostoku. I to nam się udało właśnie poprzez eklektyzm muzyczny – połączyliśmy wiele gatunków na czele z techno i hip-hopem. Połączenie zatem tych pozornie odległych światów to, powiedzmy, „rozum”, to jest ta zaplanowana część. Natomiast druga, równie ważna, to „intuicyjność” – i właśnie z tej sfery wypływa nasz wizerunek. Gdy zaczynaliśmy organizować nasz festiwal, nie sądziliśmy, że oprócz eklektyzmu muzycznego ten ma mieć jakąkolwiek brawurową promocję. Działania komunikacyjne opierały się na tym, że chcieliśmy zwyczajnie stworzyć wydarzenie dla ludzi – i tak naprawdę materiały promocyjne tworzyliśmy jakoby sami pod siebie.

Można zatem powiedzieć, że sami jesteście odbiorcami Waszego festiwalu…

JD: Zdecydowanie tak, co zresztą podkreślamy co raz. To jest bardzo ważny element naszej działalności. Chciałbym jeszcze nawiązać do lokalności, o której wspomniał Czarek. Jesteśmy obecni na scenie jako działacze kultury od kilkunastu lat – tworząc festiwal, wnosimy cały ten bagaż, który dotychczas udało się nam wypracować. Bardzo ważne jest to, aby o tym pamiętać. Ważne jest nie tylko to, jak dane działanie wpłynie na rozpoznawalność wydarzenia, miasta, sponsorów itd. – najważniejsze jest to, jak nasza aktywność wpłynie na społeczność, z którą mamy kontakt.

CCh: W pełni identyfikujemy się z naszym wydarzeniem. Mogę mieć wytatuowane na czole „Up To Date Festival” – w pełni utożsamiam się z tym, co robimy, podobnie jest z ludźmi, którzy z nami pracują i identyfikują się z tym, na co wspólnie pracujemy. Nigdy nie podchodziliśmy do naszego festiwalu w taki sposób, że ustaliliśmy biznesplan, z którego wynikałoby, że „tyle wkładamy, a tyle chcemy wyjąć” – cały czas chodzi nam o energię, jaka towarzyszy naszym działaniom. To może zabrzmi zabawnie, ale podchodzimy do naszego festiwalu tak, jakbyśmy organizowali podwórkowe przedszkole dla dzieci z naszej kamienicy. Ta autentyczność jest absolutnie kluczowa. W efekcie przyciągamy ludzi – z roku na rok notujemy wzrost liczby publiczności, mimo trudności komunikacyjnych odwiedza nas coraz więcej gości, również z zagranicy. Tak naprawdę sprzedaliśmy charakter, sprzedaliśmy w pewien sposób samych siebie, pokazaliśmy to, jacy jesteśmy. W naszym przypadku poziom identyfikacji z naszą marką – i nie lubię operować tymi sztywnymi hasłami – jest przeogromny, do tego stopnia, że na tę markę można pracować do bólu tak, jakby to była własna rodzina.

Jaki jest zatem przepis na „dobre wydarzenie”?

CCh: Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy „sukces”, który pojawia się w kontekście tego typu rozmów. I rozdzieliłbym tutaj dwa sposoby rozumienia tego słowa. Pierwsze rozumienie wskazuje sukces komercyjny – mierzymy tu w jak największą liczbę gości festiwalu, duże nazwiska, niekoniecznie powiązane ze sobą stylistycznie i stawia się tutaj jedynie na rozpoznawalność, a w drugiej kolejności walory artystyczne, jak największe zaangażowanie sponsorów, czyli bardzo konkretne, wymierne korzyści. Natomiast drugie rozumienie każe zadać pytanie, czy naprawdę chcemy zorganizować wydarzenie kulturalne, a powiedziałbym nawet „kulturotwórcze”, które ma na celu przedstawienie bardzo konkretnej wartości, czy raczej nie jest to dla nas istotne. Oczywiście jedno drugiemu nie zaprzecza, ale w życiu rzadko kiedy te dwa aspekty się spotykają.

JD: Otóż to. Gdybym miał zadać komuś, kto planuje organizację podobnego wydarzenia, pytanie o cel, zapytałbym: „Czy chcesz zrobić coś autentycznego, czy zamierzasz raczej zrobić coś dla pieniędzy?”. Dla nas sukcesem jest stworzenie czegoś ciekawego i autentycznego, co w dalszym rozrachunku może przynieść pieniądze. Dla nas to podejście jest kluczowe, bowiem jesteśmy w pełni przekonani, że do rzeczy autentycznych ludzie zwyczajnie lgną. Ale autentyczność to wielkie wyzwanie, którego nie da się zamknąć w tabelkach. To energia, o której wspomnieliśmy, to pewien przekaz, chęć dzielenia się czymś, co jest ważne i bliskie. Jeśli chcemy znaleźć klienta wydarzenia, które przedstawia coś więcej niż rozpoznawalne, wielkie nazwiska, które ma ambicje do roli kulturotwórczej, o której wspomniał Czarek, to autentyczność jest tu absolutną podstawą – i tego nie da się kupić za pieniądze. Dlatego najlepsze festiwale, i szerzej wydarzenia, to te, które silnie identyfikują się z tym, co robią – z prezentowanymi kierunkami i wartościami.

Czy zatem „autentyczność” i „opłacalność” mogą iść ze sobą w parze?

CCh: Moim zdaniem, to są naczynia połączone. Jeśli jesteśmy konsekwentni w tym, co robimy i czym żyjemy, jeśli robimy to z pasją, to przy stosowaniu odpowiednich metod na pewno autentyczność, o której tu mówimy, będzie opłacalna. Ale najpierw musi być właśnie ona. Nigdy na odwrót.

Jak zatem budować siłę przedsięwzięcia napędzanego autentyzmem i oddaniem, wizją, bardzo konkretnymi wartościami? Jak przekładać to na powodzenie realizowanych działań?

CCh: Wiele festiwali, które odwiedzamy, które podziwiamy, które szanujemy, poza ciekawymi pomysłami na samą realizację swoją siłę budują na nazwiskach zapraszanych artystów. Ludzie odwiedzają je głównie ze względu na „headlinerów”. Tymczasem nam udało się zbudować markę wydarzenia tak, że odwiedza się nas głównie ze względu właśnie na markę samego wydarzenia. Up To Date Festival jest gwarancją wspomnianej autentyczności i konkretnej klasy, jakości. Ktokolwiek wystąpi na naszym festiwalu, dajemy gwarancję, że jego wybór nie jest w jakiejkolwiek mierze przypadkowy. I temu ludzie ufają. To jest nasz przepis na budowę wydarzenia, któremu można zaufać, które ma ambicję do powiedzenia czegoś konkretnego, wartościowego i które może być z tym wszystkim opłacalne.

Przejdźmy do samej komunikacji Waszych działań. Odpowiadacie od początku do końca nie tylko za jego ideę, ale również za cały proces formułowania materiałów promocyjnych – nie zlecacie żadnych działań „na zewnątrz”, wszystko, włącznie z produkcją, pozostaje w Waszych rękach. Swojego czasu angażowaliście do działań powszechnie znane i lubiane postacie, jak choćby prof. Jan Miodek czy Krystyna Czubówna, co przekładało się bezpośrednio tak na wizerunek, jak i zasięg Waszej działalności. Jesteście autorami hasła „pozdrotechno”, które obiegło cały kraj, przenikając w różne środowiska, niekoniecznie związane z muzyką techno, do której odnosi się samo hasło. Jaka stoi za tym wszystkim, co komunikujecie, wizja?

JD: W każdym działaniu promocyjnym, którego jesteśmy autorami, podkreślamy nasz dystans do samych siebie. Gdy czujemy, że jest to potrzebne, podkreślamy też nasze białostockie korzenie i otwarcie mówimy o naszym mieście. Hasło „pozdrotechno”, które ku naszemu zdziwieniu, odbiło się bardzo szerokim echem nie tylko w środowisku miłośników muzyki elektronicznej, ale sięgnęło znacznie dalej, wykraczając poza „ramy gatunkowe”, również stanowi pewien dystans do kultury, którą budujemy i reprezentujemy. Ten dystans jest dla nas ważny – zależy nam na tym, by otwierać ludzi na to, co przedstawiamy, a nie hermetyzować środowiska. Zajmujemy się, jak by na to nie spojrzeć, dość niszowymi zjawiskami w kulturze i choćby wspomniane hasło „pozdrotechno” miało na celu stanowić z jednej strony zawołanie, pozdrowienie, z drugiej zaś zaproszenie, a z jeszcze kolejnej miało sprzyjać uświadamianiu i oswajaniu tego, czym się zajmujemy.

Macie już za sobą sześć edycji festiwalu, za kilka miesięcy kolejna jego odsłona. Wszystko to, co mówicie, składa się w bardzo klarowną, przemyślaną strategię. Czy w taki właśnie zaplanowany sposób działacie od samego początku?

CCh: Nasz wizerunek i nasze kolejne działania nie były zaplanowane. Mieliśmy jedynie pomysł na festiwal i marzenie, by go zrealizować najlepiej, jak tylko potrafimy. To wszystko. Życie szło jednak do przodu, a my wraz z nim działaliśmy, dokładając kolejne elementy, które dzisiaj składają się na większą, zdawałoby się perfekcyjnie zaplanowaną, całość. Czy mieliśmy jednak od samego początku konkretny pomysł na nasz wizerunek i to, co z nim związane, co dzisiaj można zebrać i opisać jako wielką strategię z hasłem „pozdrotechno” i spotami ze znanymi ludźmi na czele? – nie, to wszystko, o czym mówimy, powstawało w pełni spontanicznie. Tym większa radość, że nasze pomysły przyjęły się, że udało się przekonać ludzi do tego, pod czym podpisujemy się, z czym identyfikujemy się w pełni.

Dziękuję Wam za rozmowę.

::
 

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };