FILIPINY- 100 PESOS KID

572

Za górami za dolinami leży archipelag wysp Filipin. Na mojej liście „must see“ od zawsze. Wyprawę do tego egzotycznego kraju odbyłam w celu realizacji zdjęć do programu telewizyjnego- łączenie przyjemnego z pożytecznym to coś co najbardziej lubię. Mam nadzieje, ze mój artykuł nikogo nie zniechęci do podróży w tamte rejony. Zupełnie nie taki jest mój cel. Postanowiłam opisać te traumatyczną historię tylko dlatego bo siedzi we mnie głęboko a na myśl o Filipinach włączają mi się tamte obrazy i wspomnienia. Aczkolwiek mam zamiar napisać jeszcze kiedyś coś więcej  i choćby o przepięknym Palawanie, który kusi zjawiskowymi plażami, górami i faktycznie jest tam jak w raju.

Filipiny to chyba najbardziej chrześcijański kraj w jakim byłam. Na powierzchni minimalnie mniejszej niż powierzchnia Polski, żyje prawie trzykrotnie więcej ludzi. Filipiny zajmują 12 miejsce na świecie w rankingu najbardziej zaludnionych państw. Szacuje się ze mieszkańców Filipin jest ok 92 mln z czego liczbę osób deklarujących brak jakiejkolwiek religii oblicza się na około 0,1% czyli 90 tys ludzi.

Statystyki mówią, że ok 11 mln dodatkowych filipińczyków żyje poza granicami państwa. Oczywiście emigracja na taką skalę występuje z powodów ekonomicznych. Filipiny to biedny kraj, który przez długi czas pozostawał pod wpływami USA ale bogaty w cudownych ludzi, przepiękne krajobrazy, plaże i niesamowite smaki               

 

Swoją podróż na Filipiny rozpoczęłam od Manili i wyspy Luzon. Kilka dni spędzone w tej olbrzymiej metropolii w poszukiwaniu cmentarza opisanego w książce „Eli Eli“ W. Tochmana (zdecydowanie opowieść na oddzielny artykuł), rozmowy z mieszkańcami, nocne przechadzki ulicami stolicy ujawniły niezwykle czarny obraz prawdziwego życia ludzi…

Co rusz widać graffiti, ulotki, plakaty nawołujące do niezabezpieczania się przed ciążą, odnośniki do Boga, Matki Boskiej i Krzyża, anty aborcyjne a pro life. W autobusach publicznych, przedstawiciele kościoła mówią podróżnym jak żyć, w centrach handlowych w holach głównych odprawiane są msze święte a obrazy kościelne można znaleźć nawet w chipsach w sklepie.  Religia i wierzenia ludzi to jedno, a życie i podążanie za doktrynami bożymi to drugie.

   

Zostałam wtajemniczona w mroczne historie między innymi 12-14 letnich dzieci z biednych rodzin, które –za pozwoleniem i pośrednictwem swoich rodziców- świadczą usługi seksualne za zaledwie 100 pesos (ok 10 złotych). Przejeżdżając przed jedną z dzielnic Manili widziałam jak te małe dzieci wychodzą ze szkół w mundurkach prosto do zaparkowanych nieopodal samochodów. Nie wiem do kogo, może część do swoich rodziców, opiekunów- wolałabym w to wierzyć- ale zważywszy na ich status materialny jest to bardzo wątpliwe. W chwili obecnej interes rozwinął się o specjalne miejsca z komputerami i kamerkami dla dzieci, które „sprzedają“ się za pośrednictwem czatów internetowych. I niestety mam wrażenie, że ludzie podchodzą do tego w sposób naturalny. Bieda jest aż tak daleko posunięta, że rodzice decydują się na tak drastyczne rozwiązania. Ciekawe gdzie w tym wszystkim jest kościół, który nawołuje ze wszech stron o konieczności podążania ścieżką wyznaczoną przez Boga, skazując tych ludzi na biedę ubóstwo i cierpienie. Bez szans na jakikolwiek rozwój. Normalny byt. Niezwykle obrzydliwie brudne egzystencje. Z krzyżem w ręku.

Victoria, niedaleko miasta Tarlac na północy od Manili, malutka wioska a ludzi jak w dużym mieście. Pełno dzieci. Ślicznych, uśmiechniętych ale i zaskoczonych na widok białych ludzi. Nieśmiało zaczepiających,wstydliwych. Gdzie nie ruszysz tam gromadka biegnąca za tobą… śpiewają piosenki, żartują, wołają. Próbują zwrócić na siebie uwagę. Jak próbujesz nawiązać z nimi kontakt- chowają twarz w dłoniach.

W miasteczku bieda. Dorośli bezrobotni. Jedyna praca to składanie ram rowerowych z bambusa ( o czym właśnie robiłam program telewizyjny) lub jeżdżąc tricyklami. Pracują oczywiście mężczyźni, kobiety w domach- pranie, sprzątanie, gotowanie, rodzenie potomstwa. Dzieci od małego zajmują się rodzeństwem gdyż dorośli nie mają na to czasu. Całymi dniami bawią się a przyjeżdżający do nich nauczyciel próbuje je choćby nauczyć pisać czy czytać. Tam nikt nie zastanawia się „kim zostanie moje dziecko jak dorośnie- lekarzem a może prawnikiem”. Liczy się tu i teraz, dzień dzisiejszy. Czy zarobię i czy starczy na jedzenie – (nie)zwyczajne egzystencjalne rozmyślania.

Spędziłam w tej miejscowości dwa dni. Drugiego dnia dzieci zdecydowanie były bardziej ośmielone w kontakcie. W ramach prezentu dostały duże pudło różnych słodyczy. Radość ich była wielka acz rodzice martwili się czy sobie zębów nie popsują a na dentystę nikogo nie stać, ba, do cywilizacji kawał drogi a też trzeba jakoś dojechać. Mój filipiński przyjaciel dokupił zatem pudło pasty do zębów- towar deficytowy w wiosce. Dzieci poczęstowały się cukierkami a reszta słodyczy została schowana i dawkowana w kolejnych dniach.

Jedna dziewczynka- śliczna, długowłosa, uśmiechnięta od ucha do ucha, nie odstępowała mnie na krok. Zdziwiłam się jak w pewnym momencie złapała mnie za rękę. Zrobiło mi się żal. W pobliżu stał szef wioski, któremu powiedziałam, że mają cudowne dzieci a ta dziewczynka nie odstępuje mnie na krok. W odpowiedzi powiedział, że jak chce mogę ją zabrać do Polski.

– A co na to jej rodzice? – kontynuowałam rozmowę ciekawa jaki będzie finał

– Rodzice na pewno się zgodzą. To dla niej szansa na lepsze życie. Jak chcesz możemy podejść i zapytać.

Dziewczynka mocno ścisnęła moją dłoń prowadząc prosto do swoich rodziców.

To było straszne uczucie. Jak można dawać takiemu dziecku nadzieję, wiedząc, że jest to niemożliwe. A nawet jeśli jest możliwe ze względów formalnych to ja nie mam warunków i możliwości zajęcia się dzieckiem. Choć jeśli się chce to zawsze znajdzie się pretekst. W cywilizowanym świecie wszyscy staramy się myśleć racjonalnie a oni chcą po prostu żyć, lepiej żyć.

Zaczęliśmy iść w stronę jej domu. Matka z gromadką dzieci z uśmiechem na twarzy robiła pranie. Mężczyzna w języku filipino wytłumaczył całe zajście i zapytał o zgodę na wyjazd dziecka. Uśmiechnięta matka spojrzała na córkę i zapytała:

– Chciałabyś pojechać?

nieśmiało przytaknęła jednocześnie ciągle trzymając mnie za dłoń.

Nie, to nie może się dziać na prawdę- pomyślałam. Łzy cisnęły się do oczu a pot zalewał całe ciało. Czy ja śnie? Czy matka 6 letniej dziewczynki Na Prawdę ją o to zapytała i Na Prawdę zostawia jej tę decyzję?

Przerażona zaczęłam się wycofywać z całej tej niezręcznej sytuacji. Tłumaczę jej, że w Europie nie jest tak fajnie, pada deszcz i śnieg, jest zimno, trzeba się ciągle uczyć a tu ma kochających rodziców, kolegów którzy będą za nią tęsknić i żeby podrosła a później może sama będzie chciała wyjechać.

Na twarzy obojga malowało się rozczarowanie. A mnie było totalnie źle. Kto by pomyślał, że oni na prawdę tego chcą i nie widzą nic dziwnego w oddaniu dziecka obcej osobie, wywiezieniu go w nieznane. To tak jak się ludzie ze sobą spotykają i żartują w kontekście ich pociechy: „ale masz cudownego synka chyba go sobie pożyczę na kilka dni”- i nikt nie traktuje tego na serio! Na Filipinach traktuję się to bardzo serio, bo to jedyna możliwość żeby ich dziecku dać szanse na lepsze życie.

Na koniec dowiedziałam się, że legalna sprzedaż dziecka to kwestia 3 tygodni i 400 dolarów…

SERCE PĘKA…

                  

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };