Matka Polka kreatywna, czyli macierzyństwo w internecie

1 011

Matki w Internecie to ogromna siła i sieć kontaktów. To hiperaktywna grupa udzielająca się nie tylko w tematach dotyczących macierzyństwa, ale dyskutująca również o takich kwestiach jak wymiana oleju silnikowego.

Wbrew ogólnemu przeświadczeniu mamy w sieci to nie tylko użytkowniczki całkowicie zorientowane na swoje dziecko, z obsesją na punkcie zdrowego, bezstresowego, bezglutenowego wychowywania i krytykujące zbyt dobrą formę Anny Lewandowskiej po porodzie. O współczesnych internautkach, kreatywnych kobietach, a przede wszystkim całoetatowych mamach rozmawiamy z jedną z ghostwriterek blogerek parentingowych.

 

Plemienne macierzyństwo

IRCenter: Kim według Ciebie są mamy z forów internetowych?

Ghostwriterka: Wydaje mi się, że są to klasyczne znajomości internetowe. Więzi są bliskie, na obecną chwilę bardzo potrzebne , ale nie są silne. Są zdecydowanie nowoplemienne, czyli trwają przez chwilę, a potem ich nie ma.

IRCenter: Czym w takim razie wyróżnia się społeczność mam na tle innych internetowych grup?

G.: To jest tak naprawdę know-how w każdej dziedzinie. Dziewczyny doradzają sobie w kwestiach takich, jak np. jak najszybciej przejść przez sprawę rozwodową, czy jaki szpital i jaki lekarz jest najlepszy w kontekście konkretnej przypadłości. To jest mega wsparcie.

IRCenter: Bazując na naszym doświadczeniu wiemy, że mamy w sieci prowadzą rozmowy na bardzo osobiste tematy. Musi to świadczyć o dużym zaufaniu do grupy. Skąd ono się bierze? Czy ten kontakt rzeczywiście opiera się tylko na wymianie zdań na forum?

G.: Tak naprawdę wszystko się zaczyna na forach. Piszemy ze sobą w publicznych wątkach, w wiadomościach prywatnych, wymieniamy się dziecięcymi ciuchami. Spotykamy się też w knajpach dzieciakowych, żeby wyjść po porodzie do ludzi. I tak od słowa do słowa – od konflitur, po pisanie bloga. Poznajemy siebie, wiemy, która czym się zajmuje, na czym się zna poza tym, że jest obecnie mamą. Czasem zawiązują się znajomości, które potrafią przeobrazić się niemal w rodzinę.

IRCenter: A czasem w biznes?

G.: Tak. Macierzyństwo styka ze sobą ludzi na różnych poziomach i powstają też pomysły na wspólne biznesy, np. takie spotkanie położnej z fizjoterapeutką. Znajomości te dają bardzo dużo możliwości, bo są zderzeniem bardzo różnych światów. Wszystko opiera się na wzajemności i wymianie umiejętności przy zachowaniu dbałości o wspólną zajawkę, jaką jest macierzyństwo.

 

Business Mother: współpraca z mamą blogerką

G.: Mamy-internautki to są mądre, myślące laski. Mają mnóstwo pomysłów na własne biznesy – tworzą, robią, sprzedają.

IRCenter: I zaczynają pisać blogi. Czemu?

G.: Wydaje mi się, że w większości one nie traktują tego jako poważnej inwestycji w swoją karierę zawodową, nie podchodzą do tego profesjonalnie (pomimo, że z biegiem czasu profesjonalistkami się stają). Robią to mocno dla siebie, żeby przepracować temat, jakim jest macierzyństwo. Bo jednak chodzi tutaj nie tylko o opiekę nad dzieckiem, ale też o przemodelowanie tożsamości – przemyślenie siebie na nowo w roli matki. Urodzenie dziecka jest często jedyną opcją, żeby zwolnić, wyoutować się na legalu z kariery zawodowej. To jest czas na robienie czegoś fajnego, a nie wieczne przerzucanie papierów w urzędzie.

IRCenter: Czyli nie jest to sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy na urlopie macierzyńskim?

G.: Żadna z dziewczyn, które znam nie ma wielkiego przywiązania do materialnych przedmiotów – w końcu poznałyśmy się w środowisku, w którym przedmioty są przechodnie, a o dzieciach nie rozmawia się w kontekście inwestycji materialnej. I to jest wyjątkowe, inne od oficjalnego dyskursu, że dziecko to od pierwszego miesiąca życia trzeba posyłać na angielski.

IRCenter: Blogi parentingowe cieszą się w Internecie bardzo dużą popularnością. Internautki nie tylko czytają na nich opublikowane wpisy, ale też dyskutują, wymieniają się spostrzeżeniami, wspierają i zachęcają do wizyty na kanałach prowadzonych przez siebie. Z czego wynika tak duże zaangażowanie i ruch wokół blogów poświęconych macierzyństwu?

G.: Ich sukcesem jest autentyczność i świeżość. Macierzyństwo to taki okres w życiu kobiety, że zewsząd chłonie wszelkie informacje dotyczące dziecka, a blogerki są naprawdę profesjonalistkami i znają się na temacie.

 

Spowiedź ghostwriterki

IRCenter: W jaki sposób stałaś się ghostwriterką blogerek parentingowych?

G.: Byłam jedną z nich. Rozmawiałyśmy na forach, spotykałyśmy się, wiedziały, że potrafię pisać. Dziewczyny zaczęły w prywatnych wiadomościach pisać do mnie z prośbą, czy nie napisałabym im jakiejś notki lub cyklu artykułów. To jednak nie są tylko blogi, czasem to też pisma sądowe. A ja zaczęłam robić to nie dla kasy, a dla funu i z sympatii do tych dziewczyn.

IRCenter: Ale dostajesz za swoją pracę wynagrodzenie?

G.: Ghostwriting traktuję jako zabawę – bawię się leksykalnie, semantycznie. Ja też w ogóle nie nadaję się do biznesowych rozmów, nie pilnuję swoich interesów, nie dbam o to. Pisałam te teksty i czasem nawet nie wiedziałam co dostanę w zamian, a dostawałam dużo fajnych rzeczy – dziecięce ciuszki, zabawki, ale są to też innego rodzaju wymianki, np. napisanie, przeredagowanie pisma za domowy dżem.

IRCenter: Czy istnieją jakieś zasady takiej współpracy blogerka-ghostwriter? Bo wiadomo, że w przypadku klasycznie rozumianego ghostwritingu takie umowy są obwarowane wszelkimi zakazami, a warunkiem jest dotrzymanie poufności.

G.: W przypadku w pełni sprofesjonalizowanych blogów z innych dziedzin, gdzie te kanały są klasycznym narzędziem marketingowym, to pewnie tak jest. W przypadku parentingu opiera się to na wzajemnym zaufaniu i wymianie przysług w grupie. To jest trochę jak z napisaniem wypracowania w szkole za kolegę. Wiadomo, że tajemnicy się dochowa. Dzięki temu mam w Internecie swoją alternatywną tożsamość, a tak naprawdę kilka tożsamości, które dają mi poczucie większej anonimowości, dowolności co do poruszanego tematu. Zawsze przy pracy czytam wcześniejsze wpisy dziewczyn i wyobrażam sobie „jakbym była nią, to co bym napisała”. Zero odpowiedzialności, ale też poczucie, że to się komuś przyda. W końcu są to uniwersalne treści dotyczące tego samego momentu życia, w którym na raz znalazłyśmy się ja, blogerka i czytelniczki.

IRCenter: Czym jest w takim razie fajny tekst na bloga? Bo z pewnością dostajesz od blogerek jakieś wytyczne. Na czym im najbardziej zależy?

G.: Szczerze mówiąc najczęściej nie są to konkretne zamówienia. Mam pełną dowolność w tym o czym i jak piszę. Wiadomo, że optymalnie jak są to teksty zwięzłe, konceptualne, ale zdarza się, że wysyłam blogerkom kilka stron ciągu myśli, a którego one wybierają to, co je zainteresuje.

IRCenter: Czyli to nie jest tak, że ten tekst jest całkowiecie Twój? Blogerki czynnie angażują się w ich ostateczny kształt?

G.: One mają swoją koncepcję kanałów, której pilnują. Dziewczyny potrafią dobrze pisać, znają temat, a ja jestem ich trzecią ręką, tak to traktuję. One wykorzystują z moich tekstów to, co chcą.

IRCenter: O czym najczęściej piszesz? Jakiego typu to są treści, których najwięcej zlecają Ci blogerki?

G.: Zdarzało mi się pisać nawet o własnych dzieciach i o ich relacjach na kanwie moich doświadczeń. Jeżeli było to na tyle przystępne i proste, to podsyłałam blogerkom i proponowałam, żeby podłożyły w tekście imiona swoich dzieci. Najczęściej jednak są to recenzje produktów, głównie książek dla dzieci i zabawek.

IRCenter: A zatem współpraca z markami. Czy firmy zdają sobie sprawę z tego, że podsyłając produkt do blogerki, może o nim tak naprawdę napisać ktoś zupełnie inny?

G.: Nie wiem, ale też nie widzę powodu, dla którego miałoby im to przeszkadzać. W końcu chodzi o publikację, która właśnie na tym konkretnie kanale i tak się ukazuje.

IRCenter: A co z czytelniczkami? To przecież grupa, która bardzo ufa blogerkom i jest chłonna wszelkiej wiedzy z dziedziny parentingu, czy zatem nie potrzebują one od autora bloga takiego właśnie personalnego potwierdzenia autentyczności tych treści? Czy matka-internautka nie będzie miała problemu z tym, że czytane przez nią teksty tak naprawdę pisał ktoś inny niż osoba, która się pod nimi podpisuje?

G.: W przypadku blogów parentingowych nie chodzi o autentyczność rozumianą w ten sposób. Chodzi o prawdziwość przekazu i myśl, która zainteresuje czytelniczki. Ze względu na to, że te blogi nie poruszają tak istotnych kwestii jak odpowiednie żywienie dziecka, tylko opierają się na doświadczeniu i sferze materialnej, to panuje tutaj większy luz.

IRCenter: Czy ghostwriting wśród blogów o tematyce macierzyństwa jest już zjawiskiem powszechnym?

G.: Nie, nie wydaje mi się, żeby to była usługa rynkowa. Dziewczyny głównie piszą same, dzielą się własnymi przemyśleniami, cytują chociażby swoich mężów, bo inspiracje przychodzą z różnych stron. Jednak większość z nich traktuje te kanały, jako swoje indywidualne, dopieszczone dzieci.

 

Matki to naprawdę najbardziej zajęte istoty w życiu.

IRCenter: Z czego w takim razie wynika, że blogerki decydują się na współpracę z ghostwriterkami?

G.: Czasami po prostu brakuje im już czasu lub pomysłów. Tym bardziej jak pojawi się drugie dziecko, to oznacza to już totalny brak czasu, a ich blogi mają już swoją markę i muszą być prowadzone. Czasem zdarza się też, że te mamy zaczynają się profesjonalizować. Z blogerki – liderki opinii stają się ekspertkami. Wiąże się to, np. ze szkoleniami, wywiadami w mediach, prowadzeniem zajęć dla dzieci, a ze względu na to, że wszystko zaczęło się od bloga, to pisanie trzeba kontynuować. Jednak czasem ten brak czasu i inne zajęcia skutkują zamknięciem kanału. Dzieci i tak rosną więc w dużej mierze są to liderki opinii jedno-, dwusezonowe.

Dziecko idzie do przedszkola – rebranding matki-blogerki

IRCenter: Co się dzieje z takimi blogerkami gdy temat pełnoetatowego macierzyństwa przestaje być w ich przypadku aktualny?

G.: Najczęściej kanały są zawieszane, stąd można mówić o przemijaniu takich blogerów. Dziewczyny, z którymi kiedyś współpracowałam nadal pracują w tej branży, tylko nieco zmieniły charakter pracy. Stają się ekspertkami lub tworzą własne marki.

IRCenter: Czy zdarza się, że mamy pozostają blogerkami, tylko zmieniają tematykę, o której piszą?

G.: Tak, część blogów wraz z wiekiem dziecka zaczyna się przeobrażać, np. w blogi szafiarskie, lifestylowe. Dotyczy to kobiet, które nie wracają do kariery zawodowej sprzed ciąży, decydują się dalej prowadzić kanał. Do takich odmienionych blogów też zdarza mi się pisać, ale szczerze mówiąc tam to ściemniam. Pisząc o ciuchach (głównie w kolorze gołębim, szarym, granacie, ewentualnie w paski) staję się romantyczna, niedopowiedziana, „wytrzykropkowana”. Ten język jest mocno syntetyczny. Osobiście jednak nie czuję powiewu fal nosząc jakąśtam bluzkę, chociaż jestem w stanie sobie to wyobrazić i stworzyć tak, że jest to przekonujące, tak sądzę.

IRCenter: Czyli blogi parentingowe to chwila, pewien moment w życiu?

G.: Tak, to jak najbardziej jest związane z indywidualną biografią, nie z karierą zawodową. Autorki traktują to jako etap w życiu, który przemija. Ja też już z tematyki macierzyństwa wychodzę, ciuchów też już mam mnóstwo, więc zapełnię półki i kończę temat.

 

Perspektywy dla macierzyństwa w Internecie

IRCenter: Mówiąc o przeobrażaniu się kanałów i cyklicznej wymianie autorów blogów, to czy sądzisz, że rynek parentingowym w Internecie jest już nasycony?

G.: Myślę, że tak. Sądzę, że sektor blogerek zajmujących się tematem macierzyństwa nie będzie się rozwijał, a będzie bardziej oddolny. To też według mnie byłoby fajniejsze, bardziej przekonujące, najbardziej na czasie.

IRCenter: Widoczne jest jednak, że Internet się coraz mocniej profesjonalizuje – w każdej dziedzinie. Czy sądzisz, że temat macierzyństwa w mediach społecznościowych też do tego zmierza?

G.: Z jednej strony sektor ten się profesjonalizuje, ale mamy też jednocześnie do czynienia z deprofesjonalizacją rodzicielstwa – takiego skupienia na doświadczeniu, które przemija i które nie jest osadzone w jakieś modele i style wychowania. Ten kontr-ruch postrzegam jako coś wartościowego, ale nie wiem na ile będzie to widoczne w Internecie.

IRCenter: Mamy obecnie wiele prób „spieniężenia blogerów”. Czy myślisz, że zjawisko ghostwritingu może mieć wpływ na „wartość rynkową” blogerów?

G.: Myślę, że tak. Nie dopatrywałabym się tego jednak wśród blogerów parentingowych. Natomiast jeżeli ktoś prowadzi swój kanał i traktuje go jako narzędzie do kształtowania wizerunku, to też zatrudnia do tego odpowiednich ludzi, od których dostanie najlepsze jakościowo teksty. Wtedy bezpośrednio może się to rzeczywiście przełożyć na wartość takiego lidera opinii.

Na świecie ghostwriting wśród blogerów jest zjawiskiem powszechnie znanym. Świadczy o tym istnienie firm, które w swojej ofercie posiadają bazę ghostwriterów wyspecjalizowanych w wielu dziedzinach w zależności od tematyki i potrzeb blogera.  Cena tego typu usług mierzona jest objętością zamówionego tekstu.

Na polskim rynku mamy obecnie do czynienia z szeroko pojmowanym kultem liderów opinii – nazwisk i nicków jest coraz więcej, marki potrzebują pomocy w poruszaniu się po świecie digitalowych twórców, powstaje Polskie Stowarzyszenie Influencerów i Osób Aktywnych w Mediach Internetowych, a blogerzy ze swoich kanałów przenikają do telewizji, literatury i na półki sklepowe. Pojawiający się ghostwriterzy to kolejny puzzel do coraz bardziej sprofesjonalizowanych mediów społecznościowych. Rozwijająca się specjalizacja wpłynie z pewnością na lepszą jakość publikowanego contentu, podwyższy poziom blogów, jak i ich stawki we współpracy z markami. Warto będzie jednak obserwować też tą drugą stronę, czyli czytelników – ich wiedzę na temat ghostwriterów, jej wpływ na zaufanie do blogów, częstotliwość korzystania z nich, a co za tym idzie zasięgi tesktów sponsorowanych przez marki.  

 

Autor: Olga Wójcicka, Project Manager, IRCenter

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };