PING PONG PO TAJSKU

299

Okazuje się, że Tajlandia jest idealnym wakacyjnym kierunkiem dla miłośników sportu. Nawet w nocy pograsz w tenisa.

Tajlandia była moją destynacją na 30-te urodziny. Lubię sobie robić prezenty w postaci wyjazdów. Uwielbiam podróżować, poznawać, smakować. Nagle otwiera się tyle nowych możliwości, a głowa aż pęka od pomysłów i chęci wiedzy.

Wraz z trzema koleżankami wylądowałyśmy w Tajlandii i rozpoczął się nasz Kac Vegas w Bangkoku! Na pierwszy rzut postanowiłyśmy pójść na mistrzostwa Tajlandii w Muay Thai- takie to szczęście, że akurat walczyli najlepsi z najlepszych! Za bilety zapłaciłyśmy ok. 250 zł od osoby- first class, tuż przy sędziach. Bryzgająca krew z ringu leciała prosto na nas!

„Economy class“ odgrodzona była dookoła siatką a za nią krzyczący tłum, wymachujący na wszystkie strony pieniędzmi. Zupełnie jak w filmie „Bloodsport“ z Jean Claude Van Damme (jeden z moich ulubionych filmów jak byłam mała), z którego wiem, że tak właśnie obstawiają walke. Ale jak to działa? Zupełnie tego nie rozumiem do tej pory. Krzyczą, rzucają pieniędzmi, nikt nikogo nie słyszy, nie rozumie. Czułam się jakbym była statystką w tym filmie.

Sama walka to istny spektakl a każdą jedną poprzedza rytualny taniec Wai Kru, który jest formą oddania szacunku zebranym. Układ jest powtarzalny w cztery strony ringu. Zawodnicy mają założony na głowie Mongkong (tradycyjna opaska) a powoli rozkręcając się w dalszych fazach walki prowadzą ze sobą brutalną i krwawą konkurencję.

Taką to właśnie atrakcje zafundowałyśmy sobie w pierwszym dniu pobytu. Po zakończeniu wszystkich walk wsiadłyśmy do Tuk Tuka i żwawo udałyśmy się na dach jednego z drapaczy chmur do Sky Baru, na którym kręcili kilka scen do filmu „Kac Vegas“. Widoki piękne, ceny troche mniej.

Ale właściwie to był tylko początek prawdziwego Bangkoku. W Tajlandii bardzo popularna i wszechobecna jest tematyka seksu, transpłuciowości itp. Night Cluby są wszędzie a pokusa doświadczenia czegoś nowego niemała.

Ten kto mnie zna prywatnie pewnie nie będzie zaskoczony, że i ja postanowiłam wchłonąć trochę nocnego życia Bangkoku, ale zaznaczam- to nie ja chodziłam, nie ja szukałam, poprostu samo się wszystko napatoczyło.

Późnym wieczorem poszłam na Patpong night market. Zupełnie niewinny spacer z piwkiem w ręku- strasznie gorąco, trzeba się chłodzić. Założenie było takie, żeby kupić jakieś letnie rzeczy przed wyjazdem na południe Tajlandii na wyspę Koh Lanta, może jakieś prezenty, pamiątki. Tłumy ludzi, pełno ulotkowiczów, straganowych „krzykaczy“ i naciągaczy. Ale i wśród nich i naganiacze do night clubów. Podszedł do mnie jeden z nich i pyta: „Ping pong show?“ a ja normalnie aż się zapaliłam z ciekawości. Złapałam koleżankę pod ręke i powiedziałam „Idziemy! To jest podobno Must See!“. Widziałam tylko przerażenie w jej oczach i coś jakby próbowała powiedzieć „Magda! nie!“, ale na targu było tak głośno, że ciężko było zrozumieć ☺

Zanim ruszyłyśmy trzeba było zapłacić. Cena- 500 batów czyli ok 50 zł a w cenie 2 drinki z których od razu zrezygnowałam (wszyscy wiemy gdzie można się po nich obudzić). Negocjacje skończyłam na 100 batach (10zł) od osoby, nie czekając na koleżanke zapłaciłam za wszystko i żwawym krokiem udałam się do night clubu o nazwie „Super Pussy“ czy „Silver Pussy“ czy coś takiego.

Pośrodku klubu stała okrągła scena z trzema rurami. Trzy kobiety- jedna Ukrainka (a może to poprostu turystka która skorzystała z opcji show z dwoma drinkami…), druga w zaawansowanej ciąży, trzecia Tajka (albo taj)- pełna patologia Dookoła goście czekajacy na show- co ciekawe- same kobiety!

Rozpoczyna się pokaz, muzyka gra, panie tańczą a jedna z nich robi mostek i zaczyna wyciągać sobie ze swojej „Super Pussy“ wstążke…. długą…ciągnie i ciągnie, końca nie widać….

Kolejna sztuczka. Ta sama Pani wyciąga z pudła łańcuszek, na którym zawinięte są żyletki. Wyciąga kartkę papieru i pokazuje wszystkim jak są ostre. Powoli je sobie wkłada po czym ciągnąc za łańcuszek wyciąga je z powrotem. Widać ogromny ból na jej twarzy ale udaje się bez kropli krwi.

Widzowie nie reagują, nie rozlegają się brawa jak to normalnie bywa w trakcie show, zatem przynosi 2 kapslowane butelki i zaciskając mocno wagina otwiera jedną (kapsel ląduje prawie na mojej głowie) a przy drugim idzie „niewypał“- rozlega się śmiech na sali! Tancerka wyraźnie podirytowana głośnym chichotem wyciąga ręke w moja stronę i proponuje żebym sama spróbowała skoro jestem taka mądra….

…..

…..

Na sam koniec rozdawane są rakietki do tenisa stołowego, tancerka przynosi karton piłeczek ping pongowych po czym przyjmując pozycję jak do gry w „raczki“ (za moich czasów grało się w tego typu grę w podstawówce) wkłada sobie po kilka sztuk i zaczyna strzelać! Wręcz nimi bombarduje a ty musisz się bronić i odbijać piłeczki rakietką tenisowa. Ręka tenisisty nie zawiodła! Odbiłam wszystkie choć to była prawdziwa artyleria.

Jedno trzeba przyznać z całą pewnością. To była największa głupota z jaką się spotkałam w Tajlandii. Po kilku dniach nocnego życia w Bangkoku ruszyłyśmy na południe omijając Phuket gdzie podobno na koniec każdego Ping Pong Show, panie wypuszczają z dziurki żywego kanarka.

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };