Symboli nie zniszczą!

3 934

Na Święto Niepodległości czekałem jak co roku w nadziei i obawie. Marszom z okazji 11 Listopada od lat towarzyszy zasłużona ambiwalencja.

Z jednej strony widzę miasto czerwone od: emocji, krwi, rac;
Z drugiej niebieskie od: nadziei, szlachetności i policyjnych świateł.

Widzę ludzi rumieniących się ze: złości, wstydu, gorączki;
Jednocześnie czuję: obojętność, nonszalancję i chłód.

11 Listopada znów wszystko miga, naprzemiennie zadając rany niegdyś upragnionej wolności, ryjąc blizny w naszej psychice. Bo co to za wolność, w której boimy się wziąć udział w marszu, by wyrazić jej cześć? Co to za szacunek, jeżeli lękamy się, by go okazać?

Czym ta wolność jest, jeżeli płoną symbole, a razem z nimi nadzieja?

W najbardziej pokojowym dniu nad głowami odważnych nie fruwają serpentyny, a latają butelki i kostka brukowa. Słychać przerażający huk jak na wojnie, jednak w powietrzu unosi się bezradność służb. Anonimowi, głodni wrażeń chuligani mocują się z młodymi drzewami, ale ich zabawa w tornado jest równie skutecznie destrukcyjna, co niebezpieczna dla przypadkowych entuzjastów państwowego folkloru.
Zamaskowani terroryści zostawiają ślady w naszych sercach, a my nic nie możemy zrobić – siedzimy W TYM WOLNYM KRAJU we własnych domach jak w bunkrach, wyizolowani z pola walki. I nikt temu się nie dziwi. Wpatrujemy się w szklany ekran z żalem mówiąc „znowu…”

Tęcza to przykład przeklęty idiosynkrazją symboli. Dla jednych to tylko homoseksualny manifest („Tęcza Równości”); dla innych symbol profanacji wartości rodziny, materializujący się w homofobii. Co autor miał na mysli? Who cares?
Ale nie chodzi o mniejszości! Nie dajmy się zwariować, przecież w tym mieście są także Parady Równości i nie ma takich zniszczeń. Tu chodzi o coś innego – o prostą demonstrację faktu, iż tak naprawdę wcale nie jesteśmy wolni. Od lat grupa zamaskowanych bojówek przewraca pierwszą kostkę domina. I cóż za ironia – z dymem idzie tęcza i to nomen omen – na Pl. Zbawiciela. I chyba tylko dzięki jego nazwie swojego umiejscowienia jest ona jak feniks…

Ale dziś jest też tym, czego zniszczyć się nie da – SYMBOLEM.
Bynajmniej nie tylko homoseksualistów, choć to oni najsilniej się z nią identyfikują. Dziś jest symbolem wszystkich, którzy będą ją rekonstruować aż do skutku.  Jak kiedyś to miasto z popiołów. Bo taka jest Warszawa i na tym paradoksalnie polega jej siła. Mogą ją niszczyć, a ona i tak powstanie.

Mogą do znudzenia niszczyć tęczę na pl. Zbawiciela. Ona jest tylko i aż sztuką. Ale przyjdzie taki moment, że światło się załamie realnie tuż po wielkiej burzy i wtedy oni – oprawcy – załamią ręce z bezsilności. A słońce oślepi ich oczy. Może to będzie światełko w tunelu – nadzieja – że coś do nich dotrze.

::
Autorem felietonu jest Mikołaj Nowak. Zawodowo związany ze społecznościami w Polsce od początku ich istnienia. Pracę zaczynał w Grono.net – pierwszym polskim serwisie społecznościowym, następnie współtworzył i koordynował komunikację via projekty specjalne w BR Onet dla najbardziej wymagających Klientów. Aktualnie związany z „Faktami” TVN, gdzie odpowiada za strategię komunikacji marki via Internet współtworząc unikatowy pomost między Newsroomem, a Mediami Społecznościowymi.

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };