Wolny strumień świadomości w pięciu aktach

12

Bieżący felieton chciałem ponownie poświęcić konkretnemu modelowi samochodu, ale doszedłem do wniosku, że dopóki nie jestem sowicie wynagradzanym dziennikarzem motoryzacyjnym, pozwolę sobie na chwilę szaleństwa i napiszę po prostu felieton o tym, co myślę, czuję i widzę, jeżdżąc po swoim mieście… Warszawie.

Akt I

Z domu Henryk wychodzi zawsze spóźniony. W popłochu pakuje dzieci do samochodu. Mieszkamy na tym samym osiedlu, więc widzę to dokładnie. Już przy wyjeździe dostaje białej gorączki. Śmieciara od eko-śmieci zawsze tak parkuje, że nie da się jej ominąć. A czas ucieka. Za osiedlową bramą jest jeszcze gorzej, wąska osiedlowa uliczka zamienia się każdego poranka w parking dla kurierów, którym szukanie miejsca nigdy nie spędzało snu z powiek. Parkują, gdzie chcą i jak chcą. Nie starają się przykleić do innych samochodów, a kolejne wjeżdżające w tę uliczkę tamują ruch na długo.

 

Henryk przejechał może 250 m – prawdopodobnie ma już stan przedzawałowy… Zachodzi w głowę, zapewne, dlaczego ludzie nie myślą tak jak on? Dlaczego Pani z naprzeciwka nie rusza, skoro jej manewr ominięcia busa najszybciej rozładowałbym ruch w obie strony? Dlaczego pan przed nim stoi, skoro wspomniana pani też stoi? Przecież jeśli stoi, bojąc się, że nie zmieści się i otrze swoje piękne auto, to pan przed nim powinien ruszyć! „Ludzie, myślcie!” – krzyczy do siebie Henryk… Niestety słyszą go tylko jego dzieci. Henryk nie wytrzymuje w takich momentach, wyprzedza samochód stojący przed nim, przeciska się między dwoma „dostawczakami”, spogląda kątem oka z niedowierzaniem na panią, która wciąż stoi…

Akt II

Henryk dynamicznie włącza się do ruchu. Bach, i oto przed nim kolejny korek. Niestety plan zagospodarowania sąsiednich ulic nie wziął pod uwagę faktu, że właśnie tędy wyjeżdżać do swoich niewolniczych prac będą tysiące kierowców opuszczających swe nowobogackie apartamenty. Henrykowi szykuje się wylew… Kierowcy przed nim nie ruszają w tempo, pan na światłach zaspał, ruszył sekundę później, kolejne skręcające samochody w prawo nie rozjeżdżają się na szerokość całej jezdni, lecz jak skazańcy stoją w linii. Henryk nie wytrzymuje, wjeżdża na pas do skrętu w lewo i skręca w prawo… Uratowany!

Droga do przedszkola stoi przed nim otworem. Rozpędza się, a że ma czym, to wszyscy go słyszą. Ale nie! Co to?! Z podporządkowanej wyjeżdża, przepraszam, „wytacza się” stare kombi, które prowadzi – starszy od samochodu dziesięć razy – kierowca… Henryk nie trąbi, uważa to za ostateczność, trochę tak, jakby miał się przyznać do porażki, że tego nie przewidział, że nie uda mu się z tej sytuacji wyjść. Szybka redukcja, zmiana pasa na środkowy, wyminięcie na centymetry kombi, którego kierowca nawet go nie zauważył, i znów powrót na prawy pas. Jest gość, zyskał kolejne 3 sekundy, stracił pół litra paliwa i oszczędził klocki. W sumie ciężko ten bilans ocenić jednoznacznie. Na pewno jest w grze…

Pas skręca w prawo i droga dołącza do kolejnej. To miejsce znają całe „internety” – ileż to było dyskusji, kto ma tu pierwszeństwo, czy ci, co jak Henryk skręcają, czy ci, do których dołączył? Pamiętam, jak mnie pytał o to, co uważam, ale niestety nie znam się na przepisach, więc dyskusja nie była zbyt długa… To był moment, w którym Henryk stracił nieco pewność, przepisy mówiły bowiem inaczej niż on uważał. Finalnie ucieszył się jednak, bo wychodziło na to, że ma pierwszeństwo – po tym zdarzeniu to już jednak nie był ten sam Henryk. Coś w nim pękło…

Akt III

Wszystko to nie przeszkadza mu w wykorzystaniu zdobytej wiedzy. Wie, że mają mu tam ustąpić, nie ogląda się na nikogo. Chociaż myślę, że czasem, właśnie na zasadzie racjonalizacji i pragnienia udowodnienia swojej teorii, może kogoś przepuścić… Zrobić coś wbrew przepisom, zasłużyć na cudzą wdzięczność, być bardziej kulturalnym niż tego wymagała sytuacja. Tak, myślę, że może czasem tak postąpić, próbując zmyć wcześniejsze występki. Henryk to wprawny gracz. Oczami wyobraźni jedziemy dalej. Zwężenie, do którego dojeżdża, to jedyne miejsce w którym cierpliwie czeka, fizycznie nie jest w stanie tam nikogo wyprzedzić. Musiałby jechać chodnikiem, ale to jest dla niego niedopuszczalne – w tej grze reguły są jasne, przynajmniej dla Henryka.

Nie muszę jednak pisać, co dzieje się wtedy, gdy tylko zwężenie się skończy. Nieee, nie musi zmieniać pasa – wszyscy kierowcy jadący przed nim to zrobią. To jest moment, który zadziwia Henryka najbardziej. Przecież teoretycznie każdy mógłby jechać dalej prawym pasem, ale nie! Każdy, ale to dosłownie każdy kierowca, opuszczając przed Henrykiem zwężenie, pcha się na środkowy pas! Czy Wy to rozumiecie?

Akt IV

Wszyscy wjeżdżają na środkowy pas trzypasmowej, szybkiej drogi z prędkością 45 km/h! Dlaczego nie mogą zostać na prawym? Jechać dalej? Rozpędzić się i dopiero ewentualnie rozważyć zmianę pasa? Tego Henryk nie rozumie. Wciska zatem gaz i mknie prawym wolnym pasem przed siebie. Do kolejnych świateł ma 1600 m, jest miejsce, aby zająć dobrą pozycję. Rozpędzony przeskakuje przez trzy pasy w lewo, a potem znów trzy pasy w prawo. Dzięki temu do świateł dojeżdża CZTERY samochody wcześniej. Jest gość.

Ale to nie koniec walki o pozycję… Jakiś czas temu dobudowano przy światłach dodatkowy pas dla tych, co za skrzyżowaniem będą zjeżdżali od razu w prawo. Oczywiście Henryk jeździ tam prosto i to dość często – musi być jednak czujny, wszystko zależy od tego, jak zmienią się boczne światła. Gdy podejdą piesi, wcisną przycisk, jest ugotowany. Nie dość, że nie zyska cennych sekund, to może stracić to, co przed chwilą oszczędził. Ciężki jest los Henryka na tym skrzyżowaniu…

Akt V

Potem robi się łatwiej. Szybki skręt w prawo. Tu przycięcie chodnika jest konieczne. Po pierwsze, jest tak wbity w ziemię przez niemieszczące się tam ciężarówki, że nie ma mowy o uszkodzeniu opony, zaś po drugie, po skręcie często staje się twarzą w twarz z innymi samochodami. Dlatego ten manewr pozwala utrzymać prędkość i taki tor jazdy, by móc minąć się z zaspanymi, niemyślącymi o innych kierowcach kierowcami, co toczą się środkiem drogi. Tego braku empatii Henryk nie znosi.

Już zaraz będzie w przedszkolu… jest w drodze od 4,5 min i wie, że znów dobrze zarządził swoim czasem. Przed nim skręt w lewo. To jedyne miejsce, którego nie lubi – małe osiedlowe uliczki, ograniczenie do 30 km/h, wszędzie leżące „policjanty”, ale nie to go ogranicza. Ogranicza go widoczność. To jedyne miejsce, w którym zgadza się z przepisami, których zresztą na ogół nie przestrzega – że oto parkowanie na chodniku powinno odbywać się w znacznej odległości od skrzyżowania. Absolutnie nie widzi niczego. Zawsze w tym właśnie miejscu myśli o tym, dlaczego nie zamówił kamery „360 stopni”, która pokazywałaby mu, co dzieje się na drodze, do której dojechał. Może dlatego, że Henryk musi zawsze mieć wszystko w supercenie? A tego akurat nie dało się kupić w promocji? Ciekawe… Zapytam go o to jutro.

Akt VI

Kiedy pokona już ten niewdzięczny skręt, jest na przedostatniej prostej. Jeszcze tylko dwa leżące „policjanty”, które wymija zatoczką z lewej strony, jeśli tylko ruch jest mały, oszczędzając kolejne sekundy.

Skręt w prawo, czterysta metrów i jest pod przedszkolem. Uff… Cel osiągnięty. W myślach szybko przelatuje mu refleksja dotycząca tego, dlaczego inni rodzice, podjeżdżając pod budynek, parkują jak popadnie, co powoduje, że zamiast czterech samochodów mieszczą się w linii tylko dwa?! Ale to bardzo ulotna myśl… Właśnie wyłączył silnik. Wrócił do rzeczywistości. Jak wygląda jego dalsza podróż? Wolę nie myśleć. I teraz rodzi się pytanie: czy wolałbym, aby każdy kierowca był jak Henryk? Czy może lepiej, aby Henryków nie było…?

Epilog

Niestety nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ utrudnia mi to fakt, że Henryk to ja…

 

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };