Wydłubcie mu jedno oko, panowie

664

Może zatem warto zostać symetrystą? Zajrzałem do źródeł.

    Tym razem, zaczynamy łagodnie.

    Nie bardzo rozumiem, o co chodzi w tym symetryzmie, który ostatnio zyskuje tak wielu zwolenników. Przyznaję jednak, że sam termin brzmi obiecująco, jak cisza po szkwale. Jest w nim kojąca zapowiedź spokoju, powrotu do wytęsknionej równowagi, harmonii, a może nawet sprawiedliwości. Zapewne nie bez powodu mądrość ludowa radzi stawiać Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek, chwali pokorne cielę, co dwie matki ssie i cieszy się, gdy wilk syty i owca cała. Od stuleci dajemy sobie też radę z babką, co na dwoje wróży.

    Może zatem warto zostać symetrystą? Zajrzałem do źródeł. Symetryści „postrzegają elementy rzeczywistości oddzielnie. Potrafią wyłączyć jeden segment i podziwiać inny. Nie ma tu hierarchii ważności.” Dobra nasza! W obecnej sytuacji to opcja o niebo lepsza od manichejskiego dualizmu, gdzie dobro bezustannie ściera się ze złem i vice versa.

    Niestety, kolejna definicja ostudziła mój entuzjazm. Symetryzm to „postawa ideologiczna, która zakłada, że każdemu negatywnemu zjawisku zawinionemu przez dany obóz polityczny należy automatycznie przeciwstawiać analogiczne negatywne zjawisko zawinione przez obóz jego przeciwników.”

    Czyli jeśli podczas partii szachów czarne oszukują, to białe też będą oszukiwać, żeby była równowaga. Jeśli jedni kradli, na przykład przez siedem lub osiem lat, to drudzy w imię zachowania symetrii też będą kradli dokładnie tyle samo i tak samo długo. Tak więc, mądrość ludowa z innej szuflady: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wet za wet, skórka za wyprawkę, a nawet oko za oko, a ząb za ząb. W dodatku „symetryści czerpią samozadowolenie z samego faktu dokonywania symetrii, który w ich ocenie sytuuje ich ponad bieżącym sporem politycznym w roli salomonowego quasi-arbitra, generując tym samym poczucie estetycznego dystansu i moralnej wyższości.” No nie, to jednak nie dla mnie. Wolę manicheistyczne tarcie.

    Z dylematu zwierzyłem się Dobremu Znajomemu, który przyleciał właśnie po latach z drugiej pólkuli, żeby pochować zmarłego ojca. Mimo pogrążenia w smutku nie mógł nadziwić się, że podczas jego nieobecności nasz kraj zmienił się nie do poznania. Wysłuchawszy moich zwierzeń zamyślił się, po czym opowiedział, jak tuż przed aktem spopielenia ojca poprosił o otwarcie trumny, żeby się z nim pożegnać. Ku swemu głębokiemu zdumieniu zastał w trumnie zwłoki nieznanego mężczyzny.

   — Gotów byłem ulec — powiada — zapewnieniom mistrza ceremonii, że nie rozpoznaję ojca z powodu długoletniej rozłąki oraz zmiany fizjonomii w wyniku rigor mortis. Jednak spoczywający w trumnie mężczyzna miał dłonie splecione  na piersiach w podejrzanie symetrycznym geście, podczas gdy mój ojciec nie posiadał dwóch palców u ręki, gdyż stracił je w Powstaniu Warszawskim.

    Po  krótkim dochodzeniu poinformowano Znajomego, że jego ojciec został zapewne spopielony w sąsiedniej sali, gdzie rodzina nie zaglądała do trumny. Nie było więc absolutnej pewności ile palców miał skremowany tam nieboszczyk.

   — „Wydłubcie mu tylko jedno oko, panowie. Pamiętajcie o tym, iż symetria jest estetyką głupców.” Marek Hłasko, Sowa córka piekarza — zacytował Znajomy.

Leszek Stafiej, Gwoździem w mózg, Warszawa, wrzesień 2017

Komentarze
var __collector_config = { publisher: '62CD5834-C757-4F9F-A4EA-7451478E0D3C', };