...

BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

Q&A: Jak pandemia przyspieszyła cyfrową transformację firm?

digital-b2b

Firmy zaczęły poszukiwać rozwiązań cyfrowych, które przywrócą im sprawność sprzed pandemii. Czy customizację takich rozwiązań, „szytych na miarę” pod potrzeby konkretnej firmy, można uznać za znaczącą z perspektywy roku potrzebę firm?

Bartosz Bielas
Bartosz Bielas, Head of Digital w agencji Focus Media Group

Mamy niewątpliwie do czynienia z czymś, co nazywa się digitalową transformacją. Przy czym trwa ona od dawna, a za sprawą pandemii mocno przyspieszyła. Firmy zdały sobie sprawę, że to walka na śmierć i życie. Jeśli nie dokonają tej transformacji – nadrabiając zaległości albo rozwijając swoje cyfrowe zasoby – przegrają. Od cyfryzacji nie ma odwrotu, co z perspektywy działów digitalowych agencji oznacza ręce pełne roboty.

Jest to, jak wspomniałem, zjawisko obserwowane na całym świecie od dawna. Znakomitym przykładem może być Walmart, amerykański gigant sprzedaży detalicznej, który już parę lat temu podjął strategiczną decyzję, aby mocno wejść w handel online. W momencie, kiedy sam biznes miał się nieźle i marka była kojarzona z tradycyjnymi supermarketami. A jednak – podjęto ważną decyzję i dziś ta ogromna sieć pod względem biznesowym jest dalece z przodu przed wieloma konkurentami.

Mówimy tu jednak o różnorodnych potrzebach firm.

Naturalnie. Za każdym razem wymaga to indywidualnego podejścia do problemu, z którym zmaga się dana firma. Wynika to z jednej strony z branży albo wielkości organizacji, z drugiej zaś obszarów wymagających cyfryzacji. Wystarczy rozejrzeć się dokoła, aby spostrzec, że niektóre z usług czy marek sprzedażowych opierały dotąd swój biznes niemal wyłącznie na stacjonarnych punktach. Od roku takie podejście jest bardzo ryzykowne, a niepewność wymusza na firmach zainwestowanie w nowe rozwiązania, np. w e-commerce, którego dotąd unikały. Nie miały przekonania do sprzedaży w sieci stawiając na bezpośredni kontakt z klientem albo nie sądziły, że e-handel może dotyczyć ich branży. Dziś w Internecie szukają klientów nawet sieci piekarni, stawiające przecież na świeży produkt. Nic nie szkodzi, bo obecne narzędzia pozwalają i ten problem rozwiązać. Chodzi o kreatywne wykorzystywanie dostępnych zasobów, mądre sięganie po różnorodne narzędzia, i w ten sposób właśnie „szycie na miarę”, wedle potrzeb danego biznesu.

Digital jest tą przestrzenią, której obostrzenia pandemiczne mogą sprzyjać, choć brzmi to może nieco kontrowersyjnie.

O narzędziach cyfrowych mówiło się głównie w kontekście pracy zdalnej pracowników. Ale pandemia wyłączyła również spotkania biznesowe i mocno uderzyła w relacje b2b.

Od wiosny ubiegłego roku realizujemy mnóstwo projektów online’owych, w tym takie, które mają rozwiązywać sprawy do niedawna załatwiane poza digitalem. Jeśli mówimy o b2b, to wydaje się, że przez ograniczenia pandemiczne cierpi relacyjność. Coś, co polegało na spotkaniu, niekiedy nieformalnym, na utrzymywaniu dobrych kontaktów. Ale tak jak kontakty prywatne czy nawet rodzinne, tak i biznesowe relacje przenoszą się do przestrzeni wirtualnej. Przecież „webinarium” to jedno z haseł, które zrobiło w 2020 roku niezwykłą furorę.

W przypadku finalizowania transakcji, przebiegu procesów, sprawności i czasochłonności, jest wręcz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie, także liderzy firm, przekonują się jak bardzo rozwiązania digitalowe, a czasami chodzi o proste narzędzia, ułatwiają i usprawniają działanie.

Czy firmy w Polsce były przygotowane na pandemię w tym kontekście, o którym rozmawiamy: cyfrowej transformacji?

Nie można generalizować, bo jak wspomniałem niektóre z gałęzi rynku naturalną koleją rzeczy dawno już stawiały np. na sprzedaż online albo komunikację marketingową w Internecie. Inne nie widziały takiej potrzeby. Podobnie w przypadku relacji wewnętrznych, wiele gałęzi rynku od dawna uwzględniało pracę zdalną albo ze względu na globalny zasięg, wykorzystywało platformy służące komunikacji.

Myślę, że dziś przed szansą staje wiele małych firm, które ze względu na swoją zwinność, mogą szybko przestawić się na digital i zyskać przewagę nad gigantami rządzącymi ich wycinkiem rynku. Ten element „smart” w kontekście transformacji cyfrowej okazuje się ważny. Szybkość podejmowania decyzji, zdolność do testowania i zmian etc. To niebagatelny kapitał i źródło przewagi. O Internecie mówiło się od lat jako czymś, co zrównuje szanse biznesowe, bo np. każdy może dotrzeć do klienta bez względu na to, gdzie się znajduje, i nie potrzebuje do tego sieci handlowców. Oczywiście, w praktyce różnie to wyglądało, ale dziś takie myślenie zdaje się być bardzo aktualne i atrakcyjne.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt działania w obecnych warunkach. Firmy, co wydaje mi się generalnie ważne, zostały przez pandemię zmuszone do większej dbałości o cyberbezpieczeństwo, co także dotyczy kompetencji firm czy agencji wdrażających rozwiązania digitalowe. W przypadku takich rynków jak finanse czy ubezpieczenia, kwestia bezpieczeństwa jest niezwykle istotna. Temat danych w sieci i cyfrowej edukacji, stał się ważniejszy niż kiedykolwiek dotąd.

Pandemia, na co zwróciłeś uwagę, wywołała też ogromny boom na sprzedaż w sieci. E-commerce w Polsce rósł od lat, ale teraz nabrał jeszcze większego rozpędu.

Powtórzę, że dziś wejście w digital, co niekiedy oznacza debiut w e-commerce, jest dla firm być albo nie być. To kwestia ich przetrwania na rynku, zwłaszcza w przypadku handlu. Myślę, że zmierzamy w kierunku, w którym większość sklepów stanie się showroomami. Będziemy je odwiedzać towarzysko, żeby obejrzeć produkt, przymierzyć, sprawdzić, przetestować. Ale transakcje zakupowe będą zachodzić w sieci. W jeszcze większym stopniu niż obecnie. W ciągu minionego roku każdy chyba mógł przetestować jak wygląda e-commerce w praktyce, jak usprawnił się system bezpłatnych dostaw do domu, systemy płatności, możliwość zwrotu kurierowi itd.

Dane rynkowe to potwierdzają. Dziś dwie trzecie Europejczyków korzysta z zakupów w Internecie częściej niż przed pojawieniem się koronawirusa. Wielu z nich deklaruje, że nie zmieni tych nawyków nawet po ustaniu pandemii.

Digital jest tą przestrzenią, której obostrzenia pandemiczne mogą sprzyjać, choć brzmi to może nieco kontrowersyjnie.

Od wielu rzeczy oczekujemy, aby było taniej, szybciej i łatwiej, a to właśnie zapewnia digital.

Coraz częściej słychać głosy, że nic już nie będzie takie jak przed pandemią. Czy dotyczy to także przenoszenia przez firmy usług do digitalu?

Tak, zwłaszcza że konsumenci czy partnerzy biznesowi przekonali się co do skuteczności rozwiązań cyfrowych. Nie będzie potrzeby wracać do tego, co było przed wiosną 2020 roku. Jak mówiłem, trend digitalizacji wielu obszarów życia zaczął się znacznie wcześniej, a pandemia go przyspieszyła. Od wielu rzeczy oczekujemy, aby było taniej, szybciej i łatwiej, a to właśnie zapewnia digital.

(rozmawiał KR // foto: Łukasz Smykla)

 

 

Brief.pl - jedno z najważniejszych polskich mediów z obszaru marketingu, biznesu i nowych technologii. Wydawca Brief.pl, organizator Rankingu 50 Kreatywnych Ludzi w Biznesie.

BRIEF

Jak zdradzili nas technologiczni giganci

nie czyn zla ksiazka

Za przyczynę kryzysu finansowego i gospodarczego tsunami 2008 roku zostały obarczone — słusznie zresztą — rynki finansowe. Z roku na rok Wall Street działało coraz bardziej bezpardonowo, prowadząc do znoszenia kolejnych regulacji i spychając na bok władze państwowe. Inna sprawa, że wkrótce potem banki i fundusze okazały się „zbyt wielkie, by upaść”, a koszty w dużej mierze ponieśli słabsi. Szybko jednak narodowe rządy znalazły źródło wielkich nadziei: nową gospodarkę opartą na rozwoju technologii i innowacji. Dolina Krzemowa stała się synonimem biznesów innego typu, o ambicjach znacznie większych niż zyskowność — chciały zmieniać świat, rozwiązując różnorodne problemy naszego życia. A także, realizując wzniosłe marzenia (tego argumentu będą w szczególności używać twórcy marek, które rewolucjonizowały kolejne segmenty rynku, gremialnie mianowani geniuszami biznesu).

Niespełnione nadzieje

Firmy o innowacyjnym potencjale miały być nowym źródłem bogacenia się narodów. Receptą na pogrążone w chaosie gospodarki Zachodu. Rządy państw w większości tak mocno zachłysnęły się atrakcyjnymi hasłami, że bez oporów tworzyły specjalne warunki do rozwoju firm technologicznych. Każdy chciał mieć swoją Dolinę Krzemową. Idylliczny świat, w którym ludzie bez wytchnienia pracują, aby świat był coraz lepszy, a firmami rządzą wizjonerzy skupieni na realizacji marzeń, wznoszących jednakowoż na wyżyny całe społeczeństwa. Taki obraz powinien dawno legnąć w gruzach. Bo w tym zachwycie nad nowym obrazem świata, nie dostrzegliśmy jednej, kluczowej rzeczy. Ale był czas trzeźwo spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i wyciągnąć wnioski.

Otóż w nowej gospodarce nie chodzi o środki produkcji, złoża surowców czy fabryki. Najcenniejszym kapitałem jest wiedza. Informacja tym cenniejsza, im bardziej precyzyjna i dostarczona we właściwym czasie. Narzędziem są skomplikowane algorytmy, do których dostępu nikt poza nowymi korporacjami nie ma dostępu. Źródłem zaś — każdy z nas. Wystarczy, że korzystamy z codziennych usług, które dostarczają nam te globalne organizacje. A nie korzystać z nich — to już prawie niemożliwe.

Właśnie o tym jest książka Rany Faroohar — redaktorki związanej od lat z „Financial Times” i komentatorki CCN  —„Nie czyń zła”, wydana właśnie przez Poltext. Od ideałów po ekosystem dewastujący konkurentów i porządek społeczny. Od idealistów po dyktatorów przejmujących na różnych poziomach władzę nad światem. Tak można by streścić ewolucję, którą na przestrzeni kilkunastu lat przeszły wielkie spółki technologiczne z Googlem na czele. Ale chodzi też o Facebooka czy Amazona; chodzi nade wszystko o FAANG, zjawisko będące akronimem kilku marek: Facebook, Apple, Amazon, Netflix, Google (tak, Netflix też wszedł do tej gry i monopolizuje swój segment rynku). Tytułowe „Nie czyń zła” to bezpośrednie odwołanie do jednej z zasad, którymi od początku kierować się mieli wszyscy pracownicy Google’a. Dziś brzmi jak farsa.

Nie czyń zła, czyli gra Google’a

Od kilku lat wychodzą na światło dzienne fakty, które odbierają nam złudzenia, że sztandarowe firmy nowej gospodarki działają w imię wyższych celów. Krok po kroku, dzięki dostępowi do unikalnych danych, przejmują władzę nad nami. Tę zaś wykorzystują, aby powiększać zyski. Wtedy, kiedy zdążą zmonopolizować własne pozycje, i nie ma już odwrotu od ich usług.

Firmy z rynku cyfrowego budują mechanizmy i reguły, aby gromadzić jak najwięcej wartościowych informacji o nas wszystkich. To dobrze agregowane dane stają się ich najpotężniejszym kapitałem. Dzięki nim można precyzyjnie konstruować kompanie reklamowe — w sposób, o jakim tradycyjne media mogą tylko pomarzyć.

Wydawałoby się, że giganci cyfrowego rynku traktują nas wyłącznie jak konsumentów. Nic bardziej mylnego. To było domeną rynków finansowych. Facebook nie oferuje nam płatnego dostępu (broni się przed takimi pomysłami), bo chodzi o naszą aktywność w social mediach. Nowe technologie w rękach potężnych korporacji wpływają na każdy rodzaj naszych postaw i decyzji. Niezależnie czy chodzi o zakupy, czy decyzję przy urnie wyborczej. Co więcej, złożone narzędzia analityczne, na podstawie historycznych zachowań, pozwalają poznać nas na wylot i przewidzieć szereg ruchów. Nie tylko więc wpływają na nasze decyzje, lecz również wiedzą, czego potencjalnie pragniemy.

Nowi „zbyt wielcy”?

Na początku chodziło „tylko” o przyszłość tradycyjnych mediów, zwłaszcza prasy, która jak tlenu potrzebuje reklamodawców. Tych zaś sukcesywnie przejmują internetowi giganci. Kilka marek odpowiada za większościowy wolumen budżetów reklamowych na wszystkich rozwiniętych rynkach świata.

Foroohar zwraca też uwagę na zepsucie innej wielkiej idei, jaką wydawała się sharing economy, czyli ekonomia współdzielenia. Dziś to hasło zastępuje się mniej wdzięcznym pojęciem „uberyzacji”.

Teraz chodzi o coś znaczenie więcej. O monopolizację kolejnych obszarów biznesu, a tym samym — naszego życia. Wspomniane wcześniej hasło „Zbyt wielkie, by upaść” przeszło dekadę temu odnosiło się do firm rynku finansowego. Ponieważ spowolnienia i kryzysy gospodarcze (niezależnie od takich zdarzeń jak pandemia) powtarzają się cyklicznie, za najbliższym tąpnięciem może  — zdaniem autorki „Nie czyń zła” — stać dezynwoltura i arogancja technologicznych gigantów. Tym razem to one mogą okazać się „zbyt wielkie”. To w odniesieniu do nich rządy mogą przyznać, że nie stać nas, aby upadły. Od pewnego czasu takie firmy jak Apple czy Google są wyceniane znacznie wyżej niż największe amerykańskie banki. To one od paru lat, zauważa Rana Foroohar, dokonują zakupów obligacji korporacyjnych na ogromną skalę. Przy czym, co niezwykle istotne, nie podlegają takim regulacjom jak firmy działające na rynkach finansowych. Słowem: inwestują, mieszają na rynkach finansowych, ale nikt (znów!) nikt ich nie kontroluje.

Jest jeszcze kwestia etyki i przejrzystości działania. W ostatnich latach co i rusz wybuchały skandale z udziałem firm Big Tech w rolach głównych. Najdonioślejsze są oczywiście te afery, w których chodzi o relacje z niedemokratycznymi reżimami oraz nieautoryzowane udostępnianie danych użytkowników. Wiele z tych historii, jak wiemy, wprost dotyka wielkiej polityki i wpływania na wyniki wyborów. Notoryczne unikanie opodatkowania staje się przy tych przewinach, czymś niewinnym…

Wielka czwórka wciąż rządzi

Parę lat wcześniej o rosnącej dominacji kilku wielkich globalnych graczy pisał Scott Galloway. Jego książka „Wielka czwórka” („The Four”) szybko okazała się bestsellerem. Galloway, profesor strategii marki i marketingu internetowego na Uniwersytecie Nowojorskim, rozprawia się korporacjami nowego typu, wśród których na próżno by szukać śladów założycielskich ideałów.

Jamie Bartlett w Warszawie, czerwiec 2019 r. | Fot. Krzysztof Ratnicyn
Jamie Bartlett w Warszawie, czerwiec 2019 r. | Fot. Krzysztof Ratnicyn

Na uwagę zasługuje też książka „Ludzie przeciw technologii” Jamiego Bartletta, który wiosną ubiegłego roku gościł w Warszawie, w ramach Big Book Festival. Ta praca zwraca w szczególności uwagę na wpływ nowych technologii (algorytmy, sztuczna inteligencja) na jakość polityki i kondycję demokracji pod każdą szerokością geograficzną.

***

Recept na druzgocący obraz świata zdominowanego przez gigantów internetu zdaje się być wiele. Poszukuje jej autorka „Nie czyń zła” — kreśląc wizję i nadzieję na nowy cyfrowy ład. Pankaj Ghemawat, profesor strategii z Harvard Business School i autor „Świata 3.0” rysuje zaś alternatywę w postaci kompromisu między „deregulacją” czy wolnością (działającymi na rzecz wielkich korporacji) a uregulowaniem. „W takim świecie 3.0 tkwią potencjalne korzyści, nie zaś w królestwie regulacji, choć i te w pewnych sytuacjach są konieczne” — pisze Ghemawat. Taki złoty środek między swobodą rynku a regulacją ze strony państwa może i byłby rozwiązaniem. Pytanie jednak, czy nie jest już na to za późno? Czy potęga wielkich cyfrowych korporacji nie jest zbyt wielka, a w ich rękach definitywne narzędzia sprawowania władzy.

> Rana Foroohar, Nie czyń zła, przeł. P. Cypryański, Wydawnictwo Poltext, Warszawa 2020.

 

 

 

Doświadczony praktyk PR i komunikacji marketingowej. Wieloletni dziennikarz i redaktor pism branżowych (m.in. „Brief”, „Harvard Business Review Polska”, „THINKTANK”). Autor książki „Jak nowe technologie zmieniają biznes” (2016). Zajmuje się takimi obszarami, jak marketing, zarządzanie i reklama, nowe technologie w biznesie, społeczny wymiar gospodarki.

Krzysztof Ratnicyn

Cyfrowa rewolucja w teatrach

teatry

Wiosną lockdown mocno uderzył w kulturę, bo jej działalność w dużej mierze opiera się przecież na spotkaniach i interakcji. Dotyczy to muzeów i galerii, kin i teatrów. Te ostatnie organizowały specjalne pokazy wcześniej zarejestrowanych spektakli połączone z dyskusją na żywo, z udziałem twórców spektakli, aktorów i reżyserów. Facebook okazywał się najbardziej przydatną platformą, po którą sięgały naprędce sceny w Polsce, aby spotkać się w tych nietypowych realiach z widzami.

Odmrożenie restrykcji przyszło w czasie, gdy w normalnych warunkach teatry kończyły sezon. W maju czy czerwcu rzadko dają premiery; raczej szykują się do nowych inscenizacji na jesień. Teraz też tak miało być. Przy czym sceny komercyjne, prywatne próbowały odrobić straty grając także w letnie miesiące (niektóre robiły to w poprzednich latach). Kiedy nastał obecny sezon, rząd ogłosił obostrzenia ograniczające frekwencję na widowni. Tym razem jednak instytucje kultury odrobiły lekcję sprzed półrocza. Dziś kolejne teatry w Warszawie ogłaszają uruchomienie własnych platform VOD. Ogłoszeniu takiego rozwiązania w Teatrze Powszechnym towarzyszyło nawet porównanie tego pomysłu w jednym z branżowych serwisów do Netfliksa. Oczywiście skala zainteresowania ze strony odbiorców jest zgoła inna, ale też oferta inna niż w przypadku popularnych, globalnych platform VOD.

Najbardziej innowacyjne rozwiązania wprowadza dziś TR Warszawa ze sceną przy Marszałkowskiej i w halach ATM. Grzegorz Jarzyna – reżyser i dyrektor artystyczny tej sceny – w tych dniach planuje premierę „Burzy” wg Szekspira. Będzie to unikatowy spektakl z paru powodów. Po pierwsze, angażuje bodaj po raz pierwszy w polskim teatrze sztuczną inteligencję (AI była wykorzystywana nieco wcześniej w tworzeniu czy „generowaniu” eksperymentalnej literatury, ale nie w teatrze). Po drugie – premiera zgromadzi widzów na żywo w trzech przestrzeniach jednocześnie: na widowni przy Wale Miedzeszyńskim, w internecie za pośrednictwem serwisu VOD teatru, a także – w wybranych kinach całej Polski.

Spektakl Jarzyny przejdzie do historii przede wszystkim, jak sądzę, z artystycznych względów.  Ale też – niejako przy okazji – z powodu wdrożenia technologii i pomysłów jeszcze rok temu nie do pomyślenia. TR podnosi poprzeczkę innym scenom, ale myślę, że przede wszystkim na naszych oczach rodzi się nowa forma doświadczania tego rodzaju sztuki, która na długo z nami zostanie. Pewnie dłużej niż obostrzenia związane z Covid-19.

 

 

Doświadczony praktyk PR i komunikacji marketingowej. Wieloletni dziennikarz i redaktor pism branżowych (m.in. „Brief”, „Harvard Business Review Polska”, „THINKTANK”). Autor książki „Jak nowe technologie zmieniają biznes” (2016). Zajmuje się takimi obszarami, jak marketing, zarządzanie i reklama, nowe technologie w biznesie, społeczny wymiar gospodarki.

Krzysztof Ratnicyn

Kiedyś sharing economy, a teraz?

kierowca w samochodzie przewoznik kierownica

Wiosną tego roku – kiedy wielu z nas zostało przymusowo zamkniętych w czterech ścianach – zaczęliśmy na poważnie myśleć, co poszło nie tak. Z relacjami społecznymi, z gospodarką. Zaczęliśmy trzeźwiej przyglądać się własnej nieodpowiedzialności choćby wobec zasobów naturalnych. Wreszcie zrozumieliśmy, że wszystko szło w złym kierunku… Żartuję! Oczywiście myśleliśmy, jak uchronić się przed bezrobociem. Jak łatwiej i bezpieczniej robić zakupy i w jaki sposób sprawić, że home office będzie znośne.

Jaka wspaniała promocja to była

Nie dało się nie zauważyć naprędce kręconych spotów telewizyjnych odwołujących się do zbiorowej solidarności wobec tych, co narażają zdrowie i życie, a także – ułatwiania codziennych zakupów. Coraz więcej mówiło się o rosnącym potencjale e-commerce. Wiadomo, bezpieczeństwo, ale trochę też wygoda, którą odczuliśmy już wcześniej. Na ulicach i w sieci roiło się od super promocji. Przyznam szczerze, że kiedy dostrzegłem oszałamiające, idące w kilkadziesiąt procent, rabaty dotyczące zakupów gastronomicznych dostarczanych pod drzwi, uznałem, że te wielkie platformy online służące zamówieniom posiłków, oszczędzają na dostawcach; głównie imigrantach, którzy pędzą ulicami miasta na rowerach i skuterach, aby w jak najkrótszym czasie obsłużyć możliwie dużą liczbę rozpuszczonych mimo pandemii i czekających na lunch mieszczuchów. Ale nie – z nich więcej zedrzeć się nie da. Pamiętają państwo co i rusz pojawiające się poruszenie: mobilni dostawcy muszą pracować za głodowe stawki, ale widać i tak lepsze to niż życie w ojczyźnie.  Zresztą, to samo dotyczyło kierowców Ubera, zwłaszcza w okresie wejścia na rynek i rozprawiania się z taksówkową konkurencją. W przypadku dostawców posiłków w czasie pandemii rzeczywistość okazała się równie brutalna, a może banalna: koszty tej skierowanej do nas, konsumentów „promocji”, przerzucono na właścicieli lokali gastronomicznych.

uber eats na rowerze
fot. Kai Pilger/Unsplash

„Zamawiasz jedzenie na wynos i myślisz, że pomagasz restauracjom? W rzeczywistości nabijasz kabzę zagranicznym korpo, które pobierają zwykle od 32 do 37% prowizji!” – grzmiał na Facebooku Krzysiek Rzyman, działacz społeczny i przedsiębiorca, prowadzący w Warszawie dwie niezależne kawiarnie. Na początku maja akcją „zniżkową” największych operatorów na tym rynku (wspomnianego Uber Eats, ale i Glovo czy Volt Polska) zajął się UOKiK.

A sprawa przedstawiała się naprawdę miło i, mimo tandetnego przekazu reklamowego, mogła chwytać za serce. Bo oto nadeszły trudne czasy, łączymy się, znów jesteśmy zwarci, aby sobie pomagać. Ale Uber Eats nie mówi: „Klient mi pomógł, to i ja pomagam”. Przykro mi.

Nowe rozwiązania na nowe czasy?

Dlatego włos mi się na głowie jeży, kiedy słyszę o nowym solidaryzmie społecznym, którego katalizatorem miałaby być pandemia i jej konsekwencje. O nowym przemyśleniu kondycji świata – w skali makro. O własnych postawach konsumenckich – w skali mikro. Wystarczy cofnąć się myślami w nie tak odległą przeszłość, aby dojść do wniosku, iż to tylko mrzonki. Tylko życzeniowe myślenie, choć w gruncie rzeczy szlachetne. Cofnijmy się zatem do 2008 roku.

Przeszło dekadę temu runęły rynki finansowe w Stanach Zjednoczonych, a wkrótce potem gospodarcze tsunami przeszło przez Europę. Okazało się, że wielcy są zbyt wielcy, by upaść – żeby posłużyć się zręcznym zwrotem Sorkina.

W idealnym świecie Zachód podniósłby się ze zgliszczy, mając w pamięci katastrofalne skutki swoich działań: odpuszczenie ze strony rządów wielkim, wpływowym biznesom. Finansiści z Wall Street i londyńskiego City, strzepując ze swych drogich garniturów resztki bitewnego kurzu, zdaliby sobie sprawę z dopiero co popełnianych grzechów. Bo przecież naturą człowieka jest kierowanie się zdrowym rozsądkiem. Tak byłoby w idealnym świecie, a w każdym razie takim, którego chyba większość z nas mogłaby oczekiwać. Rzeczywistość okazała się, rzecz jasna, zgoła inna. Nie znaczy to jednak, że nie narodziły się wielkie, szczytne idee. Tyle że chyba z góry były skazane na porażkę, bo po wielkim finansowym i gospodarczym wstrząsie, zaczęto budować na dokładnie tych samych fundamentach. Właśnie dlatego tzw. ekonomia współdzielenia (sharing economy) poniosła już chyba definitywnie porażkę. Przyklejono jej niechlubną łatkę „uberyzacji” pracy i stosunków społecznych. Dziecko nowej gospodarki, do którego niewielu dziś chce się przyznać.

Współdzielenie, od idei do rzeczywistości

Jeszcze w 2011 roku „Time” ogłaszał ekonomię współdzielenia jedną z najważniejszych myśli zmieniających świat. Wówczas mieliśmy prawo tak myśleć. Dziś wiemy, jak historia się potoczyła. Ekonomia współdzielenie ze szczytnej misji – zresztą na wielu polach, na małą skalę, realizowanej z sukcesami – przerodziła się w zjawisko symbolizujące nowy model wyzysku i braku transparentności.

O walce na wielu europejskich rynkach z Uberem – często skutecznym – mogliśmy w ostatnich latach słyszeć dość często. Pod lupę brano nierówne szanse taksówkarzy oraz niegodziwe wynagrodzenia kierowców. Podobne boje toczono z Airbnb. Największe europejskie metropolie kładły na szalę zachowanie tkanki społecznej i uczciwą konkurencję.

Uber palma rondo de Gaulle'a
fot. Krzysztof Ratnicyn

Spoglądając na wielkoformatową reklamę Ubera w centrum Warszawy nie miejmy więc wątpliwości: to nie zręczna metafora, to rzeczywistość. Jedyną palmą, pod którą może nas podwieźć, jest instalacja Rajkowskiej przy rondzie de Gaulle’a. Prawdziwe, egzotyczne palmy zostawmy władzom tej korporacji (były CEO, Travis Kalanick, być może przejdzie do historii nie tyle jako autor biznesowego sukcesu, ile za sprawą nonszalancji i toksycznej bro-culture).

***

Tam, gdzie na horyzoncie pojawia się perspektywa większych zysków (jeszcze większych), nie ma miejsca na szczytne cele. Sharing economy – jako ciekawa propozycja i nie byle jaka idea – padła ofiarą chciwości. Jak wiele jej poprzedniczek w dziejach naszej cywilizacji. Czy znów nie odrobimy lekcji z przeszłości i historia potoczy się jak zwykle?

 

 

 

 

 

Doświadczony praktyk PR i komunikacji marketingowej. Wieloletni dziennikarz i redaktor pism branżowych (m.in. „Brief”, „Harvard Business Review Polska”, „THINKTANK”). Autor książki „Jak nowe technologie zmieniają biznes” (2016). Zajmuje się takimi obszarami, jak marketing, zarządzanie i reklama, nowe technologie w biznesie, społeczny wymiar gospodarki.

Krzysztof Ratnicyn