Trzy epokowe odkrycia, na których punkcie oszalał świat, a które nie istnieją: poliwoda, promienie N, Influence Marketing

156

Ludzka natura skrywa wiele potrzeb. Jedną z nich jest odkrywanie. Nieustanne, czasochłonne i nierzadko – za wszelką cenę. Właśnie to ostatnie sprawia, że koszmarnie i bezrefleksyjnie zapędzamy się w procesie poszukiwania nowego, czyli – nawiasem mówiąc – poszukiwania wrażeń. Historia zna przypadki odkryć tego samego na nowo, lub czegoś co po prostu nie istnieje. Jak można odkryć coś, co nie istnieje? – Zapytasz. Wystarczy w to uwierzyć. Tym sposobem, zaślepione „innowacją” zespoły naukowców potrafiły skrupulatnie ignorować jeden mały i kluczowy szczegół układanki… W międzyczasie dopingowani artykułami w prestiżowej prasie naukowej nie zwalniali tempa. Co to za szczegół?

Latami pracowali nad czymś, co już zostało odkryte i/lub widzieli coś, czego nie mieli prawa zobaczyć, bo to po prostu nie istniało. Znarkotyzowani – pomyślisz. Otóż nie. Najsilniej ludzką psychikę mami nadzieja. To ona dodaje motywacji i sił do przetrwania, ale ma też ciemną stronę – impregnuje nas na racjonalne argumenty…

Oto trzy rzekomo epokowe odkrycia ludzkości, które okazały się spektakularnym fiaskiem:

1. Poliwoda

W latach 60. XX wieku radziecki fizyk Nikołaj Fiediakin był przekonany, że dokonał przełomowego odkrycia substancji przypominającej gęstszą wodę. Co ważne – zainteresował nią zespoły naukowców, w kilku państwach. Jak wiadomo woda jest najcenniejszym zasobem naszej planety, bez którego nie ma życia. Każdy zna jej właściwości, każdy ją konsumuje, w różnych postaciach. A w najlepiej znanej nam postaci ukształtowała życie na ziemi. Również składamy się z niej. Zatem inna, dotąd nieznana, postać najcenniejszej substancji = dotąd nieznane możliwości, a może i nowe życie? Brzmiało kusząco. Naukowiec byli przekonany, że uzyskał wodę o znacznie: niższej temperaturze topnienia, wyższym punkcie wrzenia i większej gęstości. Badania nad cudowną substancją trwały wiele lat; ich wyniki znane były w całej niemalże Europie, a ze starego kontynentu dotarły do USA. Oczami wyobraźni zespoły naukowców widziały setki nowych zastosowań magicznej substancji – stale udoskonalając ją. Z kolei prestiżowa prasa naukowa rozpisywała się o odkryciu, co uwiarygadniało je. W międzyczasie nazwa ewoluowała z „poliwody” do „anormalnej wody”. (Prawda, że dostojniej?) W tym epokowym odkryciu nawet wojsko upatrywało nowej broni biologicznej, gdyż plotka głosiła, że wystarczy kropla odpowiednio skomponowanej poliwody i trucizny, by pozbawić wroga całych zasobów wodnych. Nie ma żartów – jest potencjał.

Jednakże rozwój technologii postawił krzyżyk na anormalnej wodzie czyniąc z niej anormalne, wręcz kretyńskie, odkrycie. Substancja w rzeczywistości była po prostu zanieczyszczoną wodą. Najwidoczniej w latach 60. czystość sprzętów laboratoryjnych była wątpliwa, ale gdy do gry weszła sterylność i badania pod dokładnymi mikroskopami – nadzieje na poliwodę rozmyły się. Okazało się, że lata mydlenia oczu były po prostu brudną grą uprawianą (mimo woli) przez zaślepionych wizją sukcesu naukowców, który nie dopuszczali do siebie racjonalnych tłumaczeń. Ignorowali głosy rozsądku uznając je za lawinę zazdrości. (Albo czegoś, co byśmy dziś nazwali „hejtem”)

2. Promienie N

Przykład jeszcze lepszy od powyższego i znacznie starszy. Promienie N „wynaleziono” we Francji prawie 60 lat przed „poliwodą”. Miały je emitować źródła światła oraz różne ciała: słońce, palniki gazowe, metale, aparaty wytwarzające promienie rentgena… Nie dostrzegł ich byle kto; podobnie jak w przypadku „anormalnej wody” był to utytułowany naukowiec; francuski fizyk i profesor fizyki uniwersytetu w Nancy – Prosper-René Blondlot. Nowe promieniowanie miało być przełomem, ale naukowcy na innych kontynentach, mimo usilnych starań, nie mogli go odtworzyć. W międzyczasie Blondlot zdążył zgarnąć nagrodę od Francuskiej Akademii Nauk za „odkrycie promieni N” (nagrodę przemianowano później za “całokształt osiągnięć”). Hm. Warto wspomnieć, że wszystko odbywało się w epoce wielkich odkryć, w której Francja nie chciała zostać w tyle za innymi państwami, już zapisanymi w historii nauki i perspektywicznych wynalazków.

Naukowiec został ostatecznie zdemaskowany przez kolegę po fachu, amerykańskiego fizyka, Roberta Wooda, który specjalnie przyjechał do laboratorium Blondlota, gdzie niepostrzeżenie wyjął z aparatury pryzmat umożliwiający zobaczenie rewelacji N. Mimo braku kluczowego elementu prekursor twierdził, że i tak je zobaczył. Eksperyment Wooda przynajmniej czegoś dowiódł w tym samym laboratorium. Dziś zamiast zaszczytnym tytułem „naukowca” mianowanoby Blondlota mniej dostojnym tytułem „marketingowca”. Ja bym nawet powiedział, że „marketingowca roku”, bo przekonany obsesyjnie o słuszności swojej idei był w stanie poruszyć cały świat naukowy, który badał, analizował i szukał jego iluzorycznego „produktu”. Pamiętajmy, że to również sztuka, by tak promieniować energią na innych, żeby szukali niemożliwego do znalezienia.

3. Influence Marketing

Tu historia i histeria zarazem dzieje się na naszych oczach. Dosłownie. Influencerzy to po prostu ewolucja nazwy „liderzy opinii” i „trendsetterzy”, ale żadna nowość – jak jest sprzedawana. Wraz z rozwojem technologii (głównie mobilnej) powyższe terminy zyskały przydomek, który iluzorycznie stworzył nową gałąź przemysłu internetowego, a naprawdę kolejną bańkę – Influence Marketing. I tak oto wymyślono koło na nowo.

Od znanej wieki temu „poczty pantoflowej”, przez „liderów opinii” po „influencerów” ludzie, którzy zyskali sławę w sieci zwani są prekursorami (!) i wpływowymi jednostkami. Rzecz w tym, że termin uległ pewnej erozji w wyniku kluczowych czynników ewolucji. Influence Marketing ma mnóstwo wad, jest sztucznym tworem wysoce niebezpiecznym dla wielu sektorów Social Media, które w założeniach miały przełamywać bariery świata realnego. Influence Marketing w praktyce oznacza płacenie za dobre opinie tym, którzy mają mnóstwo obserwujących. Nierzadko fejkowych, których skala jest gigantyczna. To zabija rzetelność relacji, jest komercyjnym kłamstwem. Ale, zaraz… przecież to już od wielu dekad znane mechanizmy i triki – chociażby z TV. Pierwsze reklamy z udziałem gwiazd kręcono kilkadziesiąt lat temu w USA. W Polsce od kilkunastu lat znane osoby „rekomendują” produkty i usługi. Na czym więc polega innowacja Influence Marketingu?
Na niczym.

I to czasem klucz do sukcesu.

Całkowicie nowa formuła iluzji nowości (tego samego) zrobi wrażenie tylko na ludziach, którzy są równie zaślepieni, co wyżej wspominani naukowcy. Poliwoda uchodzi za patologię w rozwoju nauki. Skompromitowane promienie N – również. To nadzwyczajne przykłady silnego mamienia wizją sukcesu i quasi-epokowym odkryciem. To również dowody działania ludzkiej psychiki w kontekście szybkiej chęci osiągnięcia sukcesu i zysku.

Influence Marketing ma obecnie swoje 5 minut. Jest wymyślonym na nowo kołem, które pochłania niemniej zasobów i zaangażowania co wyżej wymienione zjawiska, ale jego przewagą jest komercja – zarabiają chociaż ci, którzy wmówili innym – jak niegdyś Blondlot i Fiediakin, że ich wynalazki są innowacyjne i potrzebne. Z tą różnicą, że IM innowacyjny nie jest. Bazuje na mechanizmach, które zostały już rozpracowane i opisane.

Ludzie lubią wymyślać to samo na nowo. 

Nie ważne, czy stoi za tym ludzki błąd czy złe intencje – nasza zdolność do krzyczenia „innowacja!” jest równie zła co jej brak. Zawsze chodzi o jedno: bycie pierwszym. Bo kto pierwszy…

Ten?