BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

Bulski: MERCOSUR obnaża nasz największy problem, brak systemowego wpływu w UE

Umowa UE–MERCOSUR wywołała w Polsce kolejną falę alarmu, protestów i politycznych oskarżeń pod adresem Brukseli. Chcąc zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi zaprosiłem do rozmowy Krzysztofa Bulskiego, eksperta ds. polityki europejskiej, lobbingu i strategicznej komunikacji. Rozmawiamy o tym, czym naprawdę jest MERCOSUR, dlaczego polska debata publiczna znów obudziła się za późno i co ta historia mówi o naszej obecności w Unii Europejskiej.

Grzegorz Kiszluk: Krzysztofie, w polskiej debacie publicznej znów mamy alarm. Tym razem chodzi o umowę UE–MERCOSUR. Protesty rolników, ostre wypowiedzi polityków, hasła o „zalaniu Europy tanią żywnością”. Zacznijmy od podstaw. Czym ta umowa w ogóle jest?

Krzysztof Bulski: To nie jest żadna „nowa, nagła decyzja Brukseli”. Negocjacje trwają od końca lat 90., czyli około 25 lat. Były zamrażane, wznawiane, zmieniane, dostosowywane do nowych realiów, standardów środowiskowych, kwestii deforestacji. To jest proces nad którym pracowały pokolenia polityków, a nie kaprys jednej kadencji Komisji Europejskiej.

To jest przede wszystkim umowa handlowa i inwestycyjna między Unią Europejską a państwami MERCOSUR, czyli Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem. Jej pełna nazwa i zakres są techniczne, ale sens jest prosty. Obniżenie barier handlowych, ułatwienia inwestycyjne, ochrona interesów obu stron w ramach bardzo dużego bloku gospodarczego, ponad 700 milionów konsumentów. Co więcej będą kolejne takie umowy z innymi krajami. To jest realistyczna reakcja UE na kryzys relacji z USA. Musimy zadbać o pozycję Europy na globalnej mapie handlowej.

Skoro to trwa tak długo, to dlaczego w Polsce temat wybucha dopiero teraz?

Bo w Polsce unijna polityka jest traktowana jak zewnętrzne zagrożenie, a nie proces, w którym się uczestniczy. Alarm podnosi się wtedy, kiedy coś jest już praktycznie domknięte, a nie wtedy, kiedy jest negocjowane. To przecież absurd. 

Przez lata jakiś temat jest procesowany w Radzie UE, w Komisji Europejskiej, w Parlamencie Europejskim. Są stanowiska rządów, przemysłu, organizacji obywatelskich, są opinie komisji parlamentarnych, są raporty i analizy ekspertów. 

Polska administracja w tym uczestniczy, polscy europosłowie i polski rząd biorą mniej lub bardziej aktywny udział. A potem, nagle, ktoś wychodzi na konferencję prasową i mówi: „Bruksela chce zniszczyć polskie rolnictwo”. Przecież polscy europosłowie są w komisji INTA (Komisja ds. Handlu Zagranicznego), a polski komisarz Janusz Wojciechowski był blisko tych tematów kiedy odpowiadał za unijne rolnictwo.

Janusz Wojciechowski popierał umowę z krajami Mercosur?

Z tego co pamiętam, nie deklarował poparcia politycznego, ale jako komisarz odpowiedzialny za rolnictwo wskazywał na potrzebę równowagi interesów i ochrony rynku, przedstawiając dane sprzeczne z dzisiejszą alarmistyczną narracją.

W jednym z wystąpień w 2020 roku komisarz Wojciechowski mówił tak: „Będziemy promować eksport i wzmacniać pozycję europejskiego rolnictwa na rynkach światowych (…) poprzez sieć umów o wolnym handlu, w tym z Mercosur”. Podkreślał ochronę 350 oznaczeń geograficznych (GI). Jeżeli ktoś ma interes sprzeczny z założeniami tej umowy, to miał 25 lat na podnoszenie swoich argumentów.

Przejdźmy do konkretów, których szukają czytelnicy „Briefu”. Jakie są rzeczywiste, strategiczne cele tej umowy?

Ta umowa to przede wszystkim bezpieczeństwo surowcowe. Ursula von der Leyen i komisarz Šefčovič mówią o tym wprost: Europa potrzebuje litu, miedzi i metali ziem rzadkich do transformacji przemysłowej i ochrony naszej konkurencyjności. 82% unijnego niobu (niezbędnego do produkcji stali wysokogatunkowej) pochodzi z Brazylii, 16% tantalu (kondensatory, elektronika) również.

Umowa znosi cła eksportowe z krajów Mercosur na te surowce. To jest gra o to, czy nasze fabryki baterii i samochodów elektrycznych będą miały z czego produkować, czy pozostaniemy zakładnikami Chin. 

To jak my, jako obywatele i przedsiębiorcy, mamy odróżnić rzetelną analizę od politycznego marketingu?

Wystarczy zadać proste pytanie: od kiedy trwa debata na dany temat. Ostatnio w Polsce głośno było o ustawie recyklingowej. To temat nad którym prace w Brukseli zaczęły się od konsultacji społecznych w 2017 roku. Jeśli ktoś mówi o „nagłym zagrożeniu” umową, która jest w procesie od 1999 roku, to znaczy, że albo nie ma pojęcia o czym mówi, albo kłamie. 

Każda umowa handlowa to „coś za coś”. Jeśli słyszymy tylko o zagrożeniach dla rolnictwa, zapytajmy o korzyści dla innych sektorów. Pojawiła się też narracja o „zatrutej żywności z Ameryki” to mit. Umowa nie zmienia unijnych standardów. Każdy kilogram mięsa wjeżdżający do UE musi spełniać te same normy, co mięso z Polski.

Warto czytać raporty JRC i oficjalne komunikaty Komisji, bo tam fakty i liczby są bezlitosne dla propagandowych haseł polityków. Przykładowo, eksport produktów mleczarskich z UE ma wzrosnąć o 780 mln euro dzięki tej umowie. To realny pieniądz dla europejskich rolników.

Nie powiedziałeś jeszcze czy ta umowa jest w ostatecznym rozrachunku dobra czy zła dla Polski. 

Nie jest moją rolą ani kompetencją przesądzać o ostatecznym bilansie umowy, bo on zależy od tego, jak ją wykorzystamy. Moim zadaniem jest wskazanie, że polska dyskusja toczy się wokół tematów zastępczych, a powinna wokół tego, dlaczego nie umiemy wykorzystywać narzędzi wpływu na unijną politykę, które mamy w ręku.

Unia to skomplikowany, trudny do ogarnięcia organizm bardzo złożonej demokracji. Ale czyż to właśnie nie my, Polacy – ze swoim sprytem, uporem i kreatywnością – nie jesteśmy wręcz idealnym narodem do tego, by w takim systemie „rozgrywać” pozostałych uczestników? Kilka biur reprezentujących polski przemysł, czy to energetyczny, czy kolejowy, jest w Brukseli od lat i radzą sobie nie najgorzej. Oni wiedzą, jak to działa. Mamy więc przetarte szlaki, jest się od kogo uczyć.

To w czym jest problem?

Problem leży w naszym podejściu do Brukseli. Polski biznes w Brukseli nie istnieje. Polska nauka tak samo. Za każdym razem kiedy pojawia się narzekanie na unijne prawo, powinno się usiąść w gronie tych, którzy faktycznie mają coś do powiedzenia i zadać sobie jedno pytanie. Gdzie byliśmy, kiedy te sprawy się decydowały?

Bardzo surowa diagnoza.

Może surowa, ale przynajmniej realistyczna i dająca konstruktywne wnioski na przyszłość. Dyskusja o MERCOSUR powinna być lekcją. Nie o tym, czy ktoś kogoś „zdradził” w Montevideo, tylko o tym, dlaczego znów obudziliśmy się wtedy, gdy proces dobiegał końca. I co zrobić, żeby przy kolejnych dużych decyzjach handlowych, surowcowych czy przemysłowych nie powtarzać dokładnie tego samego scenariusza.

Dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Kiszluk