Moje jest mojsze! W Polsce często nie przegrywają złe pomysły. Przegrywają cudze pomysły
Utwórz Witaj, Grzegorz Kiszluk Dodaj wpis Podejrzyj(otworzy się w nowej karcie) Opublikuj Zmień rodzaj lub styl bloku Przenieś blok Akapit w górę z pozycji 2 na pozycję 1 Blok Akapit znajduje się na końcu treści i nie można go przenieść w dół Zmień wyrównanie tekstu Moje jest mojsze! W Polsce często nie przegrywają złe pomysły. Przegrywają cudze pomysły Są kraje, które zmieniają rządy, ale nie zmieniają kierunku. Zmieniają ministrów, prezesów instytucji, priorytety i akcenty, ale nie wyrzucają do kosza dorobku swoich poprzedników tylko dlatego, że powstał w innych politycznych realiach. Bo rozumieją prostą rzecz: państwo jest procesem ciągłym, a nie projektem jednej kadencji.
W Polsce bardzo często działa inna logika.
Zmienia się władza i rozpoczyna się dobrze znany rytuał: przegląd projektów, wymiana ludzi, nowe otwarcie i nowe początki.
Oficjalnie mówi się o zmianie jakości, nowych priorytetach lub potrzebie korekty kierunku. Nieoficjalnie bardzo często decyduje jedno pytanie:
– Czyje to było?
Bo w Polsce często nie przegrywają złe pomysły. Przegrywają cudze pomysły.
To nie jest wyłącznie problem polityki. To sposób myślenia, który przenika instytucje, organizacje i wiele obszarów życia publicznego. W efekcie zamiast budować ciągłość, budujemy kolejne punkty startowe.
Od blisko ćwierć wieku obserwuję z bliska próby budowania silnej i rozpoznawalnej Marki Polska. Widziałem ambitne projekty, duże badania, międzynarodowych ekspertów i ludzi naprawdę przekonanych, że można stworzyć długofalową strategię opartą na wspólnym interesie państwa.
Widziałem też coś jeszcze – mechanizm, który wracał z niezwykłą regularnością.
Najpierw pojawiały się badania. Potem eksperci. Powstawały strategie, raporty, rekomendacje i koncepcje.
Do współpracy zapraszano uznane nazwiska, między innymi Wally Olins. W kolejnych latach przy różnych projektach pojawiali się również specjaliści tacy jak José Filipe Torres i wielu polskich praktyków.
Powstawała wiedza.
A później przychodziła zmiana.
I zamiast pytania: „co warto kontynuować?”, pojawiało się nowe otwarcie. Nowy zespół. Nowa diagnoza. Nowe badania. Nowy początek.
Jakby państwo za każdym razem naciskało przycisk „reset”.
Wyobraźmy sobie sztafetę, w której kolejny zawodnik po przejęciu pałeczki zatrzymuje się, wyrzuca ją do kosza i wraca na linię startu. Nie dlatego, że poprzedni zawodnik biegł źle. Po prostu dlatego, że biegł przed nim.
Tak nie wygrywa się wyścigów.
Tak można wygrać polityczną narrację.
Ale trudno zbudować silne państwo.
Najbardziej zastanawiające jest to, że cele zwykle pozostają niezmienne. Każda ekipa mówi o wzroście gospodarczym, dobrobycie obywateli, silniejszej pozycji Polski, lepszym wykorzystaniu potencjału kraju i większej skuteczności działań państwa.
Różnią się drogi. Ale cel pozostaje wspólny.
Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: kto rozpoczął dany projekt?
Powinno brzmieć: czy ten projekt służy Polsce?
Bo państwo nie jest własnością kolejnych zwycięzców wyborów.
Państwo jest wspólnym przedsięwzięciem.
A największym problemem może nie być brak pieniędzy, ekspertów czy pomysłów. Być może problem zaczyna się wtedy, gdy interes państwa przegrywa z przekonaniem, że „moje jest mojsze”.
I może dlatego od lat bardziej specjalizujemy się w rozpoczynaniu niż w dochodzeniu do celu.
Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.