BRIEF DEFINIUJE
Wszyscy zostaliśmy dziennikarzami. I co z tego wyszło?
Ten tekst powstał z bardzo konkretnego powodu.
Spis treści
Przeczytałem opublikowany w Wirtualnych Mediach artykuł o granicy między krytyką a hejtem w sprawie Barbary Mróz-Gorgoń. Potem zacząłem czytać dyskusję, która rozwinęła się wokół tego materiału.
I przypomniałem sobie rozmowę sprzed piętnastu lat.
W 2011 roku Tomasz Wróblewski, wtedy redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”, powiedział mi:
„Wszyscy będziemy w pewnym momencie dziennikarzami”.
Miał rację.
Dostaliśmy do ręki narzędzie, dzięki któremu każdy może w kilka sekund publicznie ocenić drugiego człowieka i dotrzeć ze swoim osądem do tysięcy innych ludzi.
Nie jestem tylko pewien, czy równie szybko nauczyliśmy się odpowiedzialności za słowo.
Przeczytałem komentarze
Nie chciałem opierać się wyłącznie na wrażeniu. Wróciłem do nagrania tej dyskusji i sklasyfikowałem widoczne w niej komentarze według ich dominującego charakteru.
To nie jest reprezentatywne badanie polskiego internetu. To analiza jednego konkretnego przypadku. Ale właśnie dlatego jest interesująca: pokazuje mechanizm w działaniu.
Niemal połowa analizowanych wypowiedzi albo z góry przesądza winę, albo przechodzi bezpośrednio do ataku na człowieka.
Pojawiają się określenia w rodzaju: „złodziejka”, „oszustka”, „wyłudzanie”, „okradła wszystkich”, a także podważanie inteligencji, wykształcenia, dorobku naukowego i kompetencji.
Nie jako pytania.
Nie jako hipotezy.
Jako gotowe rozstrzygnięcia.
Około jedna czwarta komentarzy odpływa w politykę, plemienne etykietowanie i poboczne wątki. Mniej więcej co siódmy dotyczy samego pojęcia hejtu i opiera się na logice: skoro wydarzył się błąd, wszystko, co potem napiszemy o jego autorce, jest po prostu „krytyką”.
A wypowiedzi rzeczywiście próbujące prostować fakty, rozróżniać zakres projektu od odpowiedzialności jednej osoby albo zadawać pytania zamiast wydawać wyrok stanowią niewielką mniejszość.
I to jest dla mnie najważniejszy wynik tej analizy.
Od błędu do wyroku
Nie piszę tego, żeby rozstrzygać sprawę Barbary Mróz-Gorgoń.
Raport trzeba oceniać. Błędy trzeba wskazywać. Trzeba ustalić zakres odpowiedzialności, sposób wydawania pieniędzy i to, kto rzeczywiście odpowiadał za konkretne decyzje.
Merytoryczna krytyka jest potrzebna.
Ale w tej dyskusji widać bardzo niebezpieczny skrót:
błąd → oszustwo → kradzież → zła osoba → wszystko, co o niej napiszemy, jest dozwolone.
Jedna osoba formułuje podejrzenie. Druga powtarza je już jako fakt. Trzecia dopisuje intencję. Czwarta rozszerza podejrzenie na cały dorobek człowieka.
Po chwili temat żyje już własnym życiem.
To właśnie ten mechanizm jest najgroźniejszy.
A co, jeżeli sprawa okaże się bardziej skomplikowana?
Co będzie, jeśli po kilku miesiącach okaże się, że odpowiedzialność była podzielona?
Że część pierwszych informacji była niepełna?
Że ktoś odpowiadał za poważny błąd, ale nie za przestępstwo, które zdążył już przypisać mu internet?
Nie twierdzę, że tak będzie w tym przypadku.
Pytam o mechanizm.
Bo internetowy wyrok zapada natychmiast, natomiast jego cofnięcie praktycznie nie istnieje.
Komentarz zostaje.
Zrzut ekranu zostaje.
Wyszukiwarka pamięta.
A człowiek zostaje z etykietą.
Ekran jest bardzo wygodną zasłoną
Wielu komentujących wcale nie jest anonimowych.
Widzimy nazwiska, zdjęcia, profile zawodowe.
A jednak ekran tworzy dystans.
Łatwo napisać komuś:
„Jest pani złodziejką”.
Znacznie trudniej usiąść naprzeciwko tej osoby, spojrzeć jej w oczy i powiedzieć dokładnie to samo.
Bo wtedy może paść jedno proste pytanie:
„Jakie ma pan dowody?”
W mediach społecznościowych tego momentu często nie ma.
I właśnie dlatego tempo osądzania stało się dziś znacznie szybsze niż tempo ustalania faktów.
Wróblewski przewidział tylko połowę
W tamtej rozmowie z 2011 roku Tomasz Wróblewski powiedział również coś, co dzisiaj brzmi może nawet ważniej niż przepowiednia o „wszystkich dziennikarzach”.
Mówił, że największym problemem dziennikarza jest brak przygotowania merytorycznego.
Pisania można się nauczyć.
Ale wcześniej trzeba coś wiedzieć.
Trzeba umieć kojarzyć fakty, sprawdzać informacje i logicznie budować argument.
Piętnaście lat później niemal każdy dostał możliwość publicznego zabierania głosu.
Tyle że nie każdy dostał warsztat.
A konsekwencje ponosi konkretny człowiek.
Krytyki nie wolno zamykać
Jest jeszcze druga strona tego problemu.
Słowo „hejt” nie może stać się tarczą chroniącą przed uzasadnioną krytyką.
Jeżeli dokument jest zły — trzeba powiedzieć, że jest zły.
Jeżeli wydano publiczne pieniądze — trzeba pytać, jak je wydano.
Jeżeli ktoś popełnił błąd — trzeba ustalić odpowiedzialność.
Jeżeli złamał prawo — powinien ponieść konsekwencje.
Ale o tym ostatnim nie decyduje Facebook.
Piętnaście lat temu zastanawialiśmy się, co będzie, kiedy wszyscy zostaniemy dziennikarzami.
Dzisiaj część odpowiedzi już znamy.
Dostaliśmy do ręki potężne narzędzie publicznego osądzania innych ludzi.
I dlatego warto rozpocząć poważną dyskusję:
czy wraz z prawem do natychmiastowego zabierania głosu nauczyliśmy się odpowiedzialności za to, co tym głosem robimy?
Źródło i punkt wyjścia do tego tekstu: Wirtualne Media, „Burza wokół raportu Mróz-Gorgoń. Gdzie kończy się krytyka, a zaczyna hejt?”
Przeczytaj tekst w Wirtualnych Mediach
Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.