Jeśli nie ma cię przy stole, to jesteś w menu. Bruksela, lobbying i lekcja, której Polska wciąż nie chce odrobić
„Jeśli nie ma cię przy stole, to jesteś w menu.” To brutalne zdanie od lat krąży w świecie biznesu i polityki. I trudno znaleźć lepszy opis tego, jak naprawdę działa dziś współczesna gospodarka.
Bo Bruksela nie jest już wyłącznie administracyjną stolicą Unii Europejskiej.
Stała się jednym z najważniejszych miejsc podejmowania decyzji gospodarczych na świecie.
To tam powstają regulacje dotyczące sztucznej inteligencji, energetyki, handlu, technologii, mediów społecznościowych, danych, klimatu, transportu, bankowości czy e-commerce.
To tam ustala się zasady gry, które później wpływają na życie setek milionów ludzi i funkcjonowanie milionów firm.
I właśnie dlatego największe światowe korporacje są tam obecne od lat.
Nie symbolicznie.
Realnie.
Google, Apple, Meta, Amazon czy Microsoft utrzymują w Brukseli ogromne zespoły ekspertów od public affairs, prawa i relacji instytucjonalnych. Niemieckie firmy przemysłowe, takie jak Siemens, BASF czy Volkswagen, od dekad wiedzą, że nowoczesna gospodarka nie kończy się na produkcie, reklamie i sprzedaży.
Francuzi rozumieją to równie dobrze.
Dla nich obecność w Brukseli nie jest dodatkiem do biznesu. Jest jego częścią.
Podobnie Amerykanie.
Oni od dawna wiedzą, że wpływ na regulacje jest równie ważny jak przewaga technologiczna.
A Polska?
Tu zaczyna się problem, który uświadomił mi Krzysztof Bulski w naszej rozmowie w Telewizji Biznesowej
I warto jasno powiedzieć: to nie jest problem jednego rządu czy jednej opcji politycznej.
Ta sytuacja trwa właściwie od początku naszej obecności w Unii Europejskiej.
Po prostu jako państwo, biznes i społeczeństwo nigdy nie nauczyliśmy się profesjonalnie myśleć o wpływie, relacjach i reprezentowaniu własnych interesów.
Co więcej — w Polsce słowa „lobbying” czy nawet „marketing” do dziś bardzo często mają negatywne znaczenie.
Kojarzą się z manipulacją, układami albo czymś nie do końca uczciwym.
I właśnie to wychodzi nam na złe.
Bo podczas gdy inni traktują lobbying jako profesjonalny element budowania przewagi gospodarczej państwa i firm, my często wstydzimy się nawet samego słowa.
Przez lata bardziej skupialiśmy się na opowiadaniu o sukcesach niż na współtworzeniu reguł rynku.
Woleliśmy promocję od wpływu.
Konferencje od obecności.
Hasła od strategii.
Tymczasem świat nie działa w oparciu o dobre intencje.
Działa w oparciu o interesy, kompetencje i sprawczość.
Nie da się budować silnej gospodarki bez ludzi, którzy rozumieją proces legislacyjny Unii Europejskiej.
Nie da się mieć wpływu bez ekspertów, relacji i obecności tam, gdzie zapadają decyzje.
I nie chodzi tu o „lobbying” rozumiany potocznie i pejoratywnie.
Chodzi o profesjonalne reprezentowanie interesów własnej gospodarki, własnych firm i własnego państwa.
Bo inni robią to od dawna.
Dlatego z coraz większym zainteresowaniem patrzę na firmy takie jak Allegro.
Nie dlatego, że wdrażają AI — dziś robią to niemal wszyscy.
Ale dlatego, że zaczynają rozumieć coś znacznie ważniejszego: że przyszłość biznesu buduje się także tam, gdzie tworzone są regulacje.
To jest właśnie strategiczne myślenie.
I być może jedna z największych słabości Polski polega dziś na tym, że nadal mylimy marketing z komunikacją.
Marketing państwa nie polega wyłącznie na promowaniu kraju za granicą.
Marketing państwa to także budowanie wpływu, relacji, kompetencji i obecności w miejscach, gdzie zapadają decyzje mające wpływ na przyszłość gospodarki.
Bo marka kraju nie powstaje z reklam.
Powstaje z siły.
Z obecności.
Ze sprawczości.
I z umiejętności siadania przy stole odpowiednio wcześnie.
A jeśli nas tam nie ma — inni bardzo chętnie podejmą decyzje za nas.
Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.