„Zakazujemy mediom społecznościowym dostępu do dzieci poniżej 16. roku życia”.
Taką decyzję ogłosił kilka dni temu premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. „Nie jestem gotów iść na kompromis, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i szczęście naszych dzieci” – argumentował szef brytyjskiego rządu.
Taką decyzję ogłosił kilka dni temu premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer.
„Nie jestem gotów iść na kompromis, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i szczęście naszych dzieci” – argumentował szef brytyjskiego rządu.
To ważny moment. Nie tylko dla Wielkiej Brytanii.
Także dla nas wszystkich.
Nie mam wątpliwości, że nieograniczony kontakt dzieci i młodzieży z mediami społecznościowymi wpływa na ich rozwój. Wpływa na koncentrację, zdrowie psychiczne, relacje z rówieśnikami i sposób postrzegania samych siebie.
Ale słuchając wystąpienia brytyjskiego premiera, zacząłem zadawać sobie jeszcze inne pytanie.
Czy zakazy są rzeczywiście najlepszą odpowiedzią na problem XXI wieku?
Historia rozwoju cywilizacji jest jednocześnie historią rozwoju sposobów przekazywania wiedzy.
Najpierw był druk Gutenberga.
Potem gazety.
Radio.
Telewizja.
Internet.
Media społecznościowe.
I wreszcie sztuczna inteligencja.
Każdy z tych etapów wywoływał obawy. Każdy niósł ze sobą manipulację, pogoń za sensacją i walkę o uwagę odbiorców.
Już ponad czterdzieści lat temu, gdy studiowałem dziennikarstwo, słyszałem powiedzenie:
„Niech piszą, co chcą, byle nazwiska nie przekręcili”.
Pogoń za uwagą nie została wymyślona przez TikToka czy Instagrama.
Zmieniły się jedynie narzędzia.
Dzisiaj problemem nie jest brak informacji.
Problemem jest ich wartość.
W kilka sekund możemy znaleźć niemal wszystko. Znacznie trudniej jest jednak oddzielić rzeczy ważne od szumu informacyjnego, manipulacji i zwykłego cyfrowego śmiecia.
Dlatego być może ważniejsze od zakazywania jest nauczenie ludzi – nie tylko dzieci – jak wybierać.
Jak interpretować.
Jak weryfikować.
Jak budować własny filtr informacyjny.
Bo potrzebują go nie tylko nastolatki.
Potrzebują go przedsiębiorcy.
Lekarze.
Naukowcy.
Artyści.
Politycy.
I wszyscy obywatele.
Nieprzypadkowo Finlandia uczy krytycznego myślenia od najmłodszych lat.
Estonia rozwija kompetencje cyfrowe swoich obywateli.
Korea Południowa inwestuje w edukację dotyczącą sztucznej inteligencji.
Być może więc prawdziwym wyzwaniem nie jest zbudowanie kolejnych murów.
Może wyzwaniem jest stworzenie skutecznych metod selekcji informacji.
Cyfrowego odpowiednika odporności organizmu.
Bo problemem przyszłości nie będzie brak informacji.
Problemem będzie umiejętność wyboru tych, które są naprawdę warte naszej uwagi.
I mam wrażenie, że właśnie tutaj kryje się jedno z najważniejszych pytań XXI wieku.