...

BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

5 powodów, dla których nie rozumiesz prawniczych umów i regulaminów. Skąd wziął się „prawniczy bełkot”?

Masz czasem wrażenie, że trzeci raz czytasz umowę, regulamin, pismo z sądu albo opinię prawną i… nic z tego nie rozumiesz? Czujesz, jakby ktoś mówił do Ciebie w obcym języku, a Twoja frustracja rośnie z minuty na minutę. Tekst naszpikowany jest słowami, które z niczym się nie kojarzą. Jedno zdanie potrafi się ciągnąć na sześć linijek. Podwójne, a nawet potrójne zaprzeczenia sprawiają, że Twój mózg, zanim zrozumie przekaz, musi wykonać skomplikowaną operację logiczną. Dlaczego prawnicy piszą tak, że masz wrażenie, że to „prawniczy bełkot”, a nie komunikat dla ludzi? Sięgnijmy do korzeni i sprawdźmy, dlaczego tak wielu prawników mówi językiem, który rozumie tak niewielu. 

W erze rewolucji cyfrowej tradycja i konserwatyzm wciąż mają się dobrze 

Tradycja sama w sobie nie jest zła. Lecz jak wszystko – gdy stosuje się ją z umiarem. Mało już takich dziedzin, w których tradycja i konserwatyzm słowny wciąż mają się nieźle. Prawo to jedna z tych branż, gdzie wciąż używa się słów i zwrotów stosowanych jeszcze sto lub więcej lat temu. Ta maniera przechodzi z pokolenia na pokolenie. Z profesorów na doktorantów, a z tych dalej – na studentów. Po kilku latach studiów człowiek tak mocno nasiąka tradycyjnym językiem, że trudno mu zacząć posługiwać się inną formą. 

Niestety, wraz z wyuczonymi formami, wielu prawników wciąż nie zdaje sobie sprawy, że dla przeciętnego człowieka ich język jest niezrozumiały – potwierdza Katarzyna Armińska-Waszczyk z kancelarii armińska radcowie prawni. – Niezrozumienie rodzi nieufność i w naturalny sposób oddala ludzi do siebie. Dlatego prawnicy całkiem nieźle czują się w komunikacji z innymi prawnikami, lecz gdy przychodzi do komunikacji z klientem, często bywa z tym problem. Wbrew odczuciom klientów nie jest to zła wola prawnika. On po prostu inaczej nie potrafi. Prawnicy uczą się tłumaczyć przepisy prawne na życiowe przypadki, lecz nikt nie uczy ich jak tłumaczyć rzeczy trudne na proste – dodaje prawniczka. 

Zbyt dużo łaciny – ale nie tej, o której myślicie 

Jak daleko sięga tradycja prawniczego języka? Na studiach prawniczych uczą, że „w starożytnym Rzymie…”. Prawo rzymskie to przedmiot obowiązkowy na studiach prawniczych. Także wtedy młodzi adepci zawodu uczą się łaciny. Bez obawy – nie w tym potocznym znaczeniu, o którym myślicie. Po prostu nasiąkają rzymskimi paremiami, a ich pisma zaczynają puchnąć od tych wszystkich „de facto”, „in concreto”, „a limine”, „sensu stricto” czy „sensu largo”. 

Gdy młodzi prawnicy opanują łacinę, zaczyna się zabawa zwrotami, która trwa często przez całe ich zawodowe życie. Dlatego w umowach możesz często spotkać „vis maior”, a w pismach „modus operandi” czy „in dubio pro reo”. Coraz częściej jednak staje się jasne, że używanie łacińskich zwrotów nie jest już oznaką prestiżu, lecz brakiem szacunku dla klienta, który po prostu jej nie rozumie. Efektem są trudne i niezrozumiałe pisma, budujące barierę zamiast mostu porozumienia między prawnikiem, a jego klientem.

Jedną z funkcji bełkotu jest funkcja rytualna. Używamy wówczas bełkotu bezrefleksyjnie, nie wiedząc o jego istnieniu. Gdy jako padawani wchodziliśmy do środowiska, wszyscy tak mówili. Rytualnie dostosowujemy się do panującego stylu i powtarzamy – możliwe, że początkowo bez rozumienia – kliszowane zwroty, frazy, a nawet całe zdania. W biografii prawnika niezwykłą rolę mistrza rytualnej ceremonii odgrywa promotor oraz patron. To oni kształtują język ucznia z mocą guru m.in. poprzez błyskotliwe lub ironiczne komentarze do pracy dyplomowej, a później – do debiutanckich pism procesowychkomentuje językoznawca prof. Tomasz Piekot.

Branżowe słownictwo to ich naturalny język. A co z polskim? 

Jeśli masz czasem wrażenie, że prawnik mówi do Ciebie jak w obcym języku, to dobra intuicja. Prawnicy – jak każdy specjalistyczny zawód – używają branżowego słownictwa. Dobrze się czują w tym żargonie, bo ćwiczyli go przez lata. Miało to swój cel – pozwalało na precyzję w nazywaniu tego, czego wymagały ustawy. Dlatego prawnicy bez trudu porozumiewają się z innymi prawnikami i każdy z nich wie, o co chodzi. Stąd bez mrugnięcia okiem posługują się takimi pojęciami jak „należności”, „wierzytelność”, „powód”, „pozwany”, „zaliczka”, „zadatek”, „weksel” czy „przedmiot najmu”. Nie zdają sobie nawet sprawy, że dla laików te zwroty często niewiele znaczą. 

Z perspektywy badań naukowych nie jest jasne, czy trudność języka zależy od trudności przedmiotu wypowiedzi. Intuicja podpowiada, że tekst o zasadach aranżacji przestrzeni w kancelarii powinien być prostszy od wezwania do wykazania interesu prawnego. W odniesieniu do prawników najnowsze badania z MIT temu przeczą. Specjaliści innych dziedzin nauki piszą prościej od prawników na temat zjawisk dużo trudniejszych niż prawne. Wydaje się, brzmiał wniosek z tych badań, że prawnicy używają skomplikowanego języka specjalnie – w funkcji wyróżnika środowiskowego lub dopalacza statusu. Odkrycie to okazało się na tyle nieodkrywcze, że otrzymało nagrodę IG Nobla, czyli wyróżnienie za oczywistość, która ma filozoficzną głębię – wskazuje prof. Piekot.

Tymczasem całkiem sporo prawniczych terminów da się zastąpić prostymi słowami, bez ryzyka utraty ich znaczenia. Za argumentem, że nie wszystko da się powiedzieć prosto, często czai się obawa, że prawnik nie wszystko będzie potrafił powiedzieć prosto. To wymaga wysiłku. Jeśli ktoś wyjechał za granicę i całe dorosłe życie mówił po angielsku, zajmie mu trochę czasu, zanim w mowie ojczystej odnajdzie słowa, które oddadzą to, co chce przekazać. Może więc warto już na studiach prawniczych wprowadzić zwyczaj używania specjalistycznego języka naprawdę tylko tam, gdzie jest to niezbędne? W pozostałym zakresie warto mówić “normalnie” bez ryzyka oblania zaliczenia. 

Fot. Katarzyna Armińska-Waszczyk/Kancelaria armińska radcowie prawni

Precyzja i dokładność robią krecią robotę 

Prawnicza szkoła to nie tylko łacina i branżowa terminologia. Liczy się też precyzja! Dobry prawnik jest jak programista, który wie, jakiego polecenia użyć w wybranym miejscu w kodzie. Stąd wręcz obsesją prawników jest precyzja i logika, którą też musieli zdawać na egzaminach. Tymczasem dla zwykłego człowieka bywa to irytujące jak prompty wpisywane do chatGPT, które dają nie do końca spodziewane efekty. To dlatego, że ludzie z natury nie są logiczni. Język nie został wymyślony wyłącznie do przekazywania (kodowania) informacji, ale przede wszystkim do komunikacji. Stąd zdarza się, że z powodu precyzji i logiki, komunikacja między prawnikiem a jego klientem kuleje. Po prostu z racji różnych doświadczeń i życiowego tła trudno jest im się porozumieć. 

Prawnicy wiedzą, że użycie właściwego słowa we właściwym miejscu może zmienić znaczenie całego dokumentu lub konstrukcji prawnej. Jednak zrobienie tego dodatkowo w taki sposób, który klient zrozumie, wymaga poświęcenia. Tylko że takiego poświęcenia w pracy nie da się przecenić! Gdy klient rozumie, co podpisuje, rośnie w ten sposób jego pewność siebie i poczucie wartości, a takie uczucie jest warte każde pieniądze. Nie wszyscy prawnicy jeszcze to rozumieją. 

Ze złej mąki nie będzie chleba, a ze złych ustaw – dobrego prawa 

Na koniec, niczym wisienka na torcie “prawniczego bełkotu”, tkwi praprzyczyna wszystkich zmartwień – okropne, źle napisane, nielogiczne, niespójne i trudne w rozumieniu ustawy. Wielu zastanawia się, w jakim magicznym gabinecie powstają te fatalne dokumenty, których następnie prawnicy uczą się na pamięć, aby zaliczyć egzaminy. Ich wykucie sięga tak głęboko, że często pozostaje z prawnikami na zawsze. Autorzy ustaw, którzy następnie fundują wszystkim ich stosowanie, przypominają strażaka podpalającego las, aby go potem ugasić. Źle napisane prawo to prawo niezrozumiałe i niedziałające w praktyce. Nie da się go jednoznacznie stosować, stąd powstają różne interpretacje i spory. Te przyprowadzają do sądów i urzędów dziesiątki tysięcy firm i podatników, wierzycieli i dłużników, powodów i pozwanych. 

Źle napisane teksty ustaw bywają fundamentem prawniczego ekosystemu. Ekosystemu, z którego jednostkom niezwykle trudno jest się wydostać. A żeby w nim żyć i się poruszać, trzeba być niezwykle precyzyjnym, używać branżowego języka oraz tworzyć długie, skomplikowane, specjalistyczne teksty i opinie. Koło się zamyka. Bo nawet ci prawnicy, którzy chcieliby iść z duchem czasu i prosto tłumaczyć klientom skomplikowane rzeczy, nie mają wsparcia w ustawach. Wręcz przeciwnie – bywają na cenzurowanym. Ich chęć stosowania prostego i jasnego języka obraca się przeciwko nim. Dlatego wielu prawników nie chce nawet spróbować. 

A gdyby zaprojektować prosty język? Czyli Legal Design w służbie prawa 

Coraz więcej prawników dostrzega ograniczenia, które prowadzą do potocznie zwanego “prawniczego bełkotu”. Najbardziej na używaniu trudnego, naszpikowanego długimi zdaniami języka traci dialog z klientem. Ma on poczucie, że nie jest rozumiany, a lęk przed byciem postrzeganym jako osoba, która nie rozumie, często powstrzymuje klientów przed otwartą rozmową z prawnikiem. Jest to ze szkodą dla każdej ze stron. 

Bełkot prawniczy, jeśli istnieje, nie jest problemem kompetencyjnym. Prawnicy i prawniczki mogą i potrafią pisać prościej. Robią to świetnie, gdy nabiorą przekonania, że warto. Potrzebują tylko impulsu, który im pokaże, że prostota wypowiedzi prawniczej zapewnia silniejszą pozycję w środowisku i na rynku niż językowe krynoliny  dodaje językoznawca.

Coraz większą rzeszę zwolenników zyskuje metoda tworzenia jasnych i prostych dokumentów, umów, regulaminów i tekstów prawnych – czyli legal design. Legal design to design w służbie prawa. Metoda, ale i filozofia, która odbiorcę dokumentu prawnego stawia w centrum zainteresowania. Prawo ma być dla ludzi, a dokument prawny ma być odpowiedzią na problem klienta. A skoro tak, to przede wszystkim przez klienta, a nie prawnika, ma być zrozumiany. 

Legal design – milowy krok w walce z wykluczeniem prawnym 

Legal design zakłada, że nawet skomplikowane przepisy można wyjaśnić prostym językiem. A klient, który rozumie, co czyta, będzie bardziej zadowolony z obsługi prawnej, poczuje się lepiej zabezpieczony i zaufa, że prawnik rzeczywiście dba o rozwiązanie jego problemu. – przyznaje radczyni prawna Katarzyna Armińska-Waszczyk, której kancelaria świadczy usługi legal design. – Stosowanie tej metody znacząco ułatwia życie klientom. Doceniają ją nie tylko prawnicy, ale też firmy, które komunikują się ze swoimi klientami za pomocą umów i regulaminów. Coraz częściej doceniają ją także pracodawcy, którzy chcą, aby ich pracownicy rozumieli swoje prawa i obowiązki oraz zasady, które składają się na kulturę firmy. Prosty i jasny język w dokumentach prawnych może zapobiec wielu nieporozumieniom, a w rezultacie – także sporom sądowym. – dodaje ekspertka. 

Fot. Katarzyna Armińska-Waszczyk/Kancelaria armińska radcowie prawni

Nowoczesne podejście do tworzenia dokumentów prawnych polega na projektowaniu ich z myślą o użytkowniku. To oznacza, że dokumenty są zrozumiałe i estetyczne, a co najważniejsze – są one zgodne z prawem, a więc i bezpieczne. Legal design to krok milowy w stronę transparentności, zrozumienia i dostępności prawa dla każdego. To potężne narzędzie do walki z wykluczeniem prawnym społeczeństwa. Ogromnie cieszy, że zyskuje coraz więcej zwolenników.

Autorka: Katarzyna Ploetzing / Kancelaria armińska radcowie prawni

Radca prawny Katarzyna Armińska-Waszczyk

Radca prawny Katarzyna Armińska-Waszczyk prowadzi w Gdańsku kancelarię wdrożeniową armińska radcowie prawni. Od początku działalności zawodowej współpracuje z dużymi spółkami z branży technologicznej. Jest entuzjastką nowych technologii, prawa własności intelektualnej i prawa do prywatności. Interesuje się prawem przyszłości, a Legal Design, którego jest szczerą wyznawczynią, łączy ze swoją pasją, czyli sztuką. Swoje doświadczenia w pracy dla dużych firm przekłada na dostępne, proste i przyjazne dokumenty dla osób fizycznych i przedsiębiorstw. Wykorzystując ideę Legal Design, stworzyła sklep internetowy www.arminska.pl/sklep, w którym nie-prawnicy mogą kupić i samodzielnie wypełnić potrzebne im umowy i regulaminy.

oLIVE media to butikowa agencja digital, social media i public relations, która powstała z zamiłowania do sztuki komunikowania i rozwijających się nowych mediów. Nad strategiami pracujemy holistycznie. Firma to dla nas nie tylko jej historia, wartości, produkty i usługi czy wizja rozwoju. To przede wszystkim ludzie, którzy ją tworzą. Tylko kompleksowe prowadzenie działań w tych obszarach, pozwala na strategiczne komunikowanie oraz realizację celów wizerunkowych i biznesowych firmy.

oLIVE media