NADZIEJA
Co zrobić, gdy coś nie idzie zgodnie z planem? Postawić na kolejną szansę. Dopiero gdy się z tego zrezygnuje, kryzys staje się prawdziwy.
Stało się coś?
Czego można się nauczyć z historii? Czy w ogóle można się czegoś nauczyć z historii? Czy wszystko nie jest w pewnym sensie nowe?
Te pytania nie interesują większości ludzi, z wyjątkiem historyków. Ludzie są zajęci innymi sprawami, mają własne problemy, osobiste kryzysy, upadki a do tego te, które dziś można spotkać na każdym kroku. Historia? Daj spokój. To było kiedyś, dawno temu. Co nam to daje?
To, co było kiedyś, dziś nie ma znaczenia.
Jednocześnie, ale to na pewno nie ma z tym nic wspólnego, większość ludzi czuje, że wszystko jest trochę w zawieszeniu. Stało się coś?
Od braku historii do braku świadomości jest tylko jeden mały krok. Wiszenie w powietrzu – to szczególna forma poczucia bezsilności, w której nie wiadomo, skąd się pochodzi, ale także dokąd się zmierza, a dokładniej mówiąc, nie ma się pojęcia, gdzie się obecnie znajduje. Z tego wynika przede wszystkim jedno: kryzys zmierza ku szczytowi. Apatycznie, z zamkniętymi umysłami, uwięzionymi w monotonii i rytuałach. To niekończąca się pętla, w której człowiek niczego się nie uczy.
Być może amerykański reżyser i scenarzysta Harold Ramis miał świadomość tego zjawiska, kiedy rozpoczynał pracę nad swoim najbardziej udanym filmem. Jest to komedia „Dzień świstaka” z 1993 roku. Bohaterem filmu jest sfrustrowany i cyniczny prezenter pogody Phil Connors, który wraz ze swoją koleżanką Ritą i kamerzystą Larrym zostaje wysłany do prowincjonalnego miasteczka Punxsutawney w Pensylwanii. Ma tam relacjonować starą tradycję: każdego roku 2 lutego obchodzony jest Dzień Świstaka, czyli Groundhog Day. Jeśli świstak zostanie wybudzony z hibernacji, to znaczy, że wiosna jest już blisko. Jeśli gryzoń nadal chrapie, to zima jeszcze długo nie ustąpi. Connorsowi jest to obojętne. Drażni go to. Nie chce jechać do Punxsutawney.
Ponieważ jednak musi, z i tak już mizantropijnego samotnika staje się prawdziwym paskudztwem, które w złym humorze obraża swoich bliźnich. Na szczęście Connors chce jak najszybciej wrócić do miasta. Jednak intensywne opady śniegu uniemożliwiają przejazd. Musi przenocować w Punxsutawney.
Horror zaczyna się następnego ranka. Kiedy o szóstej rano budzik z radiem zaczyna grać, Connors odkrywa, że ponownie obudził się 2 lutego, czyli dzień wcześniej. Ta data stała się dla niego niekończącą się pętlą. Nie ma żadnych niespodzianek, jest to bezpieczne życie, ponieważ wiadomo, co się wydarzy, a to wcale nie jest takie złe. Connors wie, co się wydarzy, ale jego bliscy nie, dzięki czemu może ich znakomicie przechytrzyć. Tylko Rita, w której się zakochał i którą energicznie adoruje, odrzuca go raz po raz. Bez względu na to, co robi, ona go nie chce. W ten sposób rutyna stopniowo staje się monotonią, a tym samym udręką. Życie Connorsa, czyli 2 lutego, traci sens.
W tym momencie filmu reżyser Ramis musiał zdecydować, jak potoczy się dalej akcja. Zgodnie z tradycją europejskiego kina autorskiego farsa zmieniłaby się teraz w tragedię – długie ujęcie bez wyrazu twarzy Phila Connorsa, powolne wygaszanie obrazu, nie masz szans, nie ma wyjścia, koniec, kropka. Na szczęście Ramis pracuje w Hollywood, gdzie, jak wiadomo, panuje doktryna happy endu. Tutaj bohater nie poddaje się, tylko próbuje raz po raz. Zamiast próbować manipulować innymi, Connors koncentruje się na sobie, odkrywa, czego chce – i w ten sposób zyskuje uznanie innych, a w końcu miłość Rity. Po pierwszej wspólnej nocy z nią zaklęcie zostaje złamane, a życie toczy się dalej 3 lutego.
2.
Z tej małej komedii można się nauczyć więcej niż z wielu wielkich programów dotyczących radzenia sobie z kryzysami autorstwa jeszcze większej ilości bezużytecznych trenerów. Po pierwsze, że powtarzanie nie oznacza wcale ciągłego robienia tych samych bzdur i nadziei, że dzięki temu coś się poprawi. Po drugie, wszystko, co się wypiera lub pozostawia niedokończone, w końcu powraca, zazwyczaj z odsetkami i odsetkami składanymi, co powoduje sporo kłopotów. Nic nie pokazuje tego wyraźniej niż obecny kryzys, niezależnie od tego, czy dotyczy on cen ropy, systemu finansowego, gospodarstw domowych czy waluty: tutaj codziennie od wielu dziesięcioleci powtarza się ten sam scenariusz. Największa część problemów wynika z niedokończonych zadań, błędnych i nieefektywnych struktur, iluzji, że wszystko po prostu będzie przebiegało tak jak dotychczas i nie trzeba niczego zmieniać – jest to rodzaj apatii wynikającej z dobrobytu, która kiedyś się skończy.
Trzecia lekcja płynąca z dnia świstaka brzmi: dla wszystkiego istnieje 3 lutego, następny raz, druga szansa, zarówno w dobrym, jak i złym znaczeniu. Do zobaczenia, przyjaciele. I bez względu na to, co nadejdzie – to nie jest koniec. Jednak kosztuje to trochę nerwów, dyscypliny, uporu i wytrwałości. Szanse wymagają odpowiedniego nastawienia. Nic nie poprawi się samo z siebie.
3.
Żyjemy w szalonych czasach, w których prawie 20-letnia hollywoodzka komedia lepiej oddaje sens tego, co należy zrobić, niż wszystkie przemówienia przywódców politycznych i gospodarczych wygłaszane w czasach kryzysu. Potrzebujemy szczęśliwego zakończenia – lub przynajmniej wyobrażenia o nim. To właśnie nazywamy szansą.
Wszystkie początki są trudne, zarówno w przypadku szans, jak i produktów. Prototypy są ważne, ale rzadko nadają się do użytku na całe życie. W starej, dobrej produkcji można nauczyć się sztuki wytwarzania tego, co wydaje się zawsze takie samo. Każdy cykl przynosi nowe warianty, tworząc w ten sposób nową wiedzę i nowe możliwości. Życie nie jest prostą linią, spokojną rzeką, ale spiralą, czego uczymy się z biegiem czasu lub już na lekcjach biologii: podwójna helisa cząsteczki kwasu dezoksyrybonukleinowego składa się z powtarzających się zwojów. W kapitalizmie, jak powiedział rosyjski ekonomista Nikołaj Dmitrijewicz Kondratiew, te powtórzenia, długie fale, są normą.
Kryzys i ożywienie gospodarcze następują po sobie. Cykl Kondratiewa, jak nazwał go Joseph Schumpeter, jest szczęśliwym zakończeniem gospodarki. Wszystko to jest dobrze znane i często powtarzane, ale dzieli również los całej historii. W codziennym życiu nikt nie dostrzega tego rozwoju, ale każdy porusza się w nieskończonej pętli.
Jednak sukces każdego przedsięwzięcia w każdym czasie zależał od tego, czy ludzie dostrzegali swoje możliwości, pracowali nad ulepszeniami i wariantami – czyli wykorzystywali swoje szanse. Cała historia jest jednak zawsze długotrwała i złożona. Jeśli prowadzi do sukcesu, redukujemy ją „do istoty”, co najczęściej jest równoznaczne z błędną prawdą, która wprowadza w błąd. To zazwyczaj długie powtórzenia, fragmenty historii, powoli zmieniające się struktury przynoszą zmiany. Rozwój to powolny proces, a świat to dzieło cierpliwości i wysiłku.
Ważne jest to, że historia się nie powtarza, ale też niczego nie zapomina. System powtórzeń, kolejnych szans, bezlitośnie ujawnia to, co odłożyliśmy na później. To, co nie zostało zrobione, zostaje odłożone do ponownego rozpatrzenia. Ewolucja okazuje się więc mściwa. W historii obowiązuje stare powiedzenie, że nie wynajduje się koła na nowo. Aby zrozumieć, jak coś jest, po prostu pomaga stworzenie ram historycznych. Nic się nie powtarza, ale istnieją fale, struktury, które można zrozumieć – i które mogą być bardzo pomocne, zwłaszcza w kwestii klasyfikacji kryzysu.
Można się zastanawiać, czy wyzwania XXI wieku można rozwiązać za pomocą interwencji i zasad, które nie pomogły już w latach trzydziestych, ale tym razem mogą się sprawdzić. Trzeba tylko znać historię, a to coś więcej niż lakoniczne stwierdzenie – już to kiedyś mieliśmy. Nie chodzi tu o wzorce, ale o przyswojenie sobie właściwej techniki oddychania umysłowego. Wszyscy potrzebujemy głębokiego oddechu, wszyscy musimy nauczyć się porzucić nasze płytkie oddechy.
To mądra myśl – ponieważ historia, z której można się czegoś nauczyć, nie jest płaską równiną, na której czują się jak w domu zwolennicy upartych metod i rutyn, ale poważnymi górami.
Na początku XII wieku Bernard z Chartres znalazł obraz, który do dziś jest bardzo trafny: każde żyjące pokolenie stoi na fundamentach wszystkich poprzednich – „wszyscy jesteśmy karłami na ramionach gigantów”, jak powiedział średniowieczny uczony. Im dalej ludzkość posuwa się naprzód, tym wyżej sięga.
Może to sprzyjać dalekowzroczności, ale z dużej wysokości szczegóły stają się nieco niejasne. Współcześni ludzie dochodzą do wniosku, że karły nigdy nie miały tak trudno jak dzisiaj. Chcielibyśmy wykorzystać nasze szanse, ale nie potrafimy ich dostrzec. Och, biedne maluchy.
Narzekanie służy tylko jednemu celowi: odkładaniu działań na później. W tym zakresie osiągnęliśmy wysoki poziom kultury. Dawniej wszystko było o wiele lepsze, a jutro też jest dzień. Dzisiaj niestety nie możemy zrobić nic z tego, co już dawno powinno być zrobione, bo wszystko jest takie niejasne. Kto nie wyciąga wniosków z historii, temu jutro też nie zależy. Przyszłość i tak pełni rolę magazynu przejściowego dla wszelkiego rodzaju nierozwiązanych problemów, od odpadów atomowych po dług publiczny. Odkłada się tam wszystko, czego nie potrzeba dzisiaj. Szanse wykorzystuje się tylko wtedy, gdy są one tanie – pozbawione ryzyka i łatwe do spożycia. To, co może się nie udać, jest uważane za niemożliwe do strawienia.
W naszej kulturze opartej na bezpieczeństwie zbyt szybko się poddajemy, zbyt szybko rezygnujemy z kolejnej szansy. Czy chcesz spróbować? Spróbować ponownie? Jeśli w Indiach dziewięć z dziesięciu prób kończy się niepowodzeniem, to wynik nadal jest sukcesem – w końcu trzeba próbować, aby znaleźć właściwe rozwiązanie. U nas natomiast już po jednej porażce wszyscy mają cię dość – natychmiast mówi się, że kontynuowanie byłoby nieodpowiedzialne, bo przecież widać, że to nie działa. Za tym kryje się ogromna zmiana wartości, a tym samym słów i postaw naszego społeczeństwa. Sukcesy Zachodu wynikały z przekonania, że trzeba próbować tak długo, aż się uda, a sukces był tylko podstawą do podjęcia kolejnego kroku, a nie sygnałem, że można wreszcie odpocząć w triumfie.
Właściwie to oczywiste. Karły wcale nie stoją na ramionach gigantów, już dawno się tam położyły. Staliśmy się małostkowi.
4.
Gdyby tylko giganci o tym wiedzieli. To naukowcy, wynalazcy i inżynierowie, dzięki wytrwałej, niemal upartej pracy nad problemami stworzyli całe nowe dyscypliny. Na naukowych filarach opiera się dzisiejszy sukces gospodarczy. Szanse, zgodnie z przesłaniem, nie spadają z nieba, trzeba na nie zapracować, i to systematycznie. Traktujemy poważnie słowa rzymskiego poety Horacego, zgodnie z którymi „powtarzanie jest matką wszystkich nauk”? A wytrwałość? nieustępliwość?
Kultura ta jest jednak często mylona z determinizmem, jakby z góry wiadomo było, jaki będzie ostateczny wynik. Stara kultura szans była jednak przedsiębiorcza, co pokazuje przykład duetu Wernera von Siemensa i Johanna Georga Halske. Siemens lubił majsterkować, Halske natomiast zastanawiał się, co można praktycznie zrobić z wynikami. Ta przedsiębiorcza kultura szans specjalizuje się w rozpoznawaniu możliwości, w pozytywnym sensie oportunistycznym. Co można z tego zrobić? Kto może wykorzystać to, co się robi – i do czego? W jakim kontekście odnosi się to do tego, co jest – i co może wywołać? Wiele pytań, które sprowadzają się do jednej rzeczy: praca, dużo pracy, która zaczyna się dopiero wtedy, gdy rozpoznamy szansę jako taką, i która wcale nie oznacza, że wszystko zawsze pójdzie dobrze.
Wykorzystywanie szans jest i pozostaje procesem otwartym. Tutaj trzeba postępować systematycznie i dokładnie – a to często sugeruje wysoki stopień przewidywalności. Technika nie jest liniowym postępem, ale raczej poszukiwaniem i próbami o niepewnym wyniku. Można to odczytywać z niezadowoleniem, ponieważ nie wiadomo, dokąd to prowadzi – co wielu uważa za irytujące. Albo z uśmiechem, ponieważ zrozumieliśmy, że świat można kształtować. Oczywiście można tworzyć historię.
Widać to na przykładzie gospodarki cyfrowej. Jej historia, która z perspektywy czasu wydaje się tak spójna, jest w rzeczywistości poszukiwaniem i odkrywaniem. W latach siedemdziesiątych pojawiły się pierwsze niedrogie chipy, a wkrótce potem pierwsze mikrokomputery, ale nie było jeszcze wiadomo, że rozwój ten doprowadzi do powstania komputerów osobistych.
Czym te komputery przewyższają urządzenia, które stały wówczas na biurkach? Co to coś nowego może zrobić dla tego, co właśnie robimy? Jeśli nowa technologia nie wywraca do góry nogami wszystkich naszych znanych wyobrażeń, ale obiecuje rozwiązać problemy istniejących systemów, nazywamy ją „praktyczną”.
Coś jest praktyczne, jeśli robi coś lepiej niż to, co znamy. Szanse już istnieją, leżą na ulicy, nie są niewyobrażalnymi i nie rozpoznawalnymi rewolucjami.
Pierwsze udane systemy w świecie mikrokomputerów, a później komputerów osobistych, były lepszymi maszynami do pisania, notatnikami, formularzami księgowymi i kartami indeksowymi (tak jak pierwsze samochody były oczywiście „karetami na benzynę”).
Brzmi to logicznie, ale najpierw trzeba na to wpaść. Apple, IBM i wiele innych pionierskich firm z początków masowej komputeryzacji znalazłoby się w ślepym zaułku bezsensowności, gdyby nie ludzie tacy jak Dan Bricklin i Bob Frankston. Obaj programiści opracowali Visicalc, oprogramowanie do arkuszy kalkulacyjnych, które po raz pierwszy trafiło do sprzedaży w 1979 roku i mogło być używane przez każdego pracownika biurowego. Dopiero dzięki temu zakup komputera stał się sensowny również dla małych firm i osób samozatrudnionych, czyli dla większości gospodarki.
Dopiero wraz z opracowaniem programu Visicalc przez Bricklina i Frankstona firma IBM zdecydowała się wprowadzić na rynek mikrokomputer o nazwie Personal Computer – nazwa ta została prawdopodobnie zainspirowana pierwotną nazwą programu Visicalc, Personal Software. Rozpoczął się boom na komputery osobiste, co z kolei stworzyło podstawę dla niezliczonych nowych programów i aplikacji, które z kolei stanowią wyzwanie dla sprzętu – podwójna helisa. Komputer osobisty, internet, smartfon – to cyfrowe wersje analogowego świata. Kolejne szanse, z których powstaje przyszłość.
V.
W górach w Teksasie powstał ogromny zegar z tytanu i ceramiki, napędzany wyłącznie mechanicznie, który „tyka” tylko raz w roku, ale działa przez 10 000 lat: „The Clock of the Long Now”. Wymyślił go inżynier komputerowy Danny Hillis, a pionier internetowy i aktywista polityczny Stewart Brand rozpowszechnił ten pomysł dzięki swojej fundacji „The Long Now Foundation”. Lista jego zwolenników wygląda jak lista najważniejszych osób z Doliny Krzemowej. Czy kierowało nimi wyrzuty sumienia? Czy chcą przeprosić za to, że obdarzyli ludzi technologią, która powoduje większy stres i „patologiczną krótkotrwałość i krótkowzroczność”, jak piszą przedstawiciele Long Now Foundation?
A może inicjatorzy, którzy działają od 1996 roku, po prostu zrozumieli, że szanse i wykonalność to nie to samo? Nie trzeba myśleć w kategoriach kwartałów, w pięciominutowych odstępach. A technologia nie ma nic wspólnego z tym, że tak wielu ludzi ma tendencję do braku oddechu i szans. Fundacja The Long Now Foundation głosi prawdziwą zrównoważoną przyszłość – promuje myślenie w biznesie, w którym jedna szansa umożliwia kolejną. Szanse wymagają cierpliwości i wytrwałości. Nie jest przypadkiem, że najważniejszym sponsorem fundacji jest Jeff Bezos, założyciel i szef internetowej firmy wysyłkowej Amazon.
Bezos jest bardzo cierpliwy i wytrwały. Z rozważnością przypominającą zwolnione tempo branży technologicznej, wykorzystuje istniejące pomysły, produkty, formy mediów i metody, aby dostosować je do sieci.
W 1994 roku, w momencie założenia firmy, były to handel książkami i internet. Kolejną szansą jest cyfrowa wersja sprzedaży wysyłkowej. Czytnik e-booków Kindle przejął to, co Sony próbowało już od 1991 roku ze swoim Data Discmanem, przenośnym czytnikiem.
Nie jest to jednak zwykła kopia, tania imitacja ani kradzież, ale raczej nowe warianty i szanse, aby z czegoś znanego i wprowadzonego uczynić coś lepszego i bardziej praktycznego. Kolejna szansa.
6.
Ćwiczy się tak długo, aż to zadziała. Można by podać wiele innych przykładów – i wszystkie one są praktyczną odpowiedzią na pozornie abstrakcyjne pytanie, czego można się nauczyć z historii. Cała gospodarka cyfrowa składa się z wykorzystanych drugich szans, z nowych możliwości ulepszenia tego, co już istnieje. Nie ma za tym żadnego wielkiego planu, tylko poszukiwanie, odkrywanie i zainteresowanie tym, co motywuje ludzi. Nowe, zmieniające się technologie są tylko kolejnymi próbami, warunkami ramowymi tego samego eksperymentu, który nazywamy rozwojem (a w szerszym ujęciu – ewolucją).
Każda próba jest szansą na poprawę. Jeff Bezos na przykład zlecił swoim programistom i menedżerom poszukiwanie ciągłości, a nie zmian. W przypadku sprzedawcy internetowego z długą tradycją wiadomo, że dobre rzeczy wymagają czasu, dlatego Bezos bada, gdzie leżą stałe elementy. Nie interesuje go pytanie „co się zmieni w ciągu najbliższych lat”, ale to, co pozostanie niezmienne dla klientów i partnerów. Kto wie, skąd pochodzą ludzie – kto ich rozumie – może nieco łatwiej ich przekonać.
Przyszłość potrzebuje przeszłości – nie jest to frazes z niedzielnych przemówień, ale koncepcja, zgodnie z którą z tego, co było, należy wyciągać wnioski dla tego, co jest i co nadejdzie. W przypadku branż, technologii, procesów i ludzi zawsze obowiązuje ta sama zasada: kto chce iść naprzód, musi wiedzieć, skąd pochodzi – czego pierwotnie chciał – i mieć odwagę, aby zrobić to lepiej. Kolejna szansa to to, co jeszcze pozostało do zrobienia, to, co prowadzi do 3 lutego i dalej.
Ważne jest, aby nauczyć się nadziei. Jej praca nie rezygnuje, jest zakochana w sukcesie, a nie w porażce.
Kiedy to zrozumiemy, kryzys się skończy. Następny dzień będzie najlepszym dniem naszego życia.
Founder & CEO Salon of Inspiration, UNIQUE IDEAS FOUNDATION. Networker, kurator sztuki, showrunner, mentor, publicysta, ekspert trendów oraz strategicznego rozwoju nowych idei, Communications Designer. Był również agentem ubezpieczeniowym, drwalem, oficerem i snajperem w wojsku. Motorem jego zaangażowania jest pasja, entuzjazm i miłość do łączenia ludzi, dyscyplin i światów. Laureat wielu międzynarodowych nagród, m.in. Germany Land of Ideas za INTERDISZIPLINÄRER SALON BERLIN oraz Freiherr von Stein Award (Social impact). Laureat 14 Edycji 50 Najbardziej Kreatywnych Osób w Biznesie. Wolne chwile poświęca malarstwu, fotografii, długim spacerom po plaży oraz czytaniu trzech książek równocześnie. Alumn Fundacji Allianz i Rotary Club. Twórca Next Future Salon (BMW Foundation Herbert Quandt) Salon of Inspiration, Startup Revolution Days – Berlin, Warszawa, Tel Aviv, Warsaw Science Nights oraz UNIKALNE HISTORIE – handmade in Poland. W przygotowaniu projekt INSPIRATION AWARD.