Druga śmierć gazet

651

Teraz już naprawdę: nie ma ratunku dla prasy. Czeka ją smutny koniec – przynajmniej w postaci, do której przywykliśmy.


Może niektórzy z Państwa pamiętają kontrowersyjną wówczas reklamę ogłaszającą nagły zgon prasy? To Artegence, agencja specjalizująca się w digitalu, chciała w 2008 roku zamanifestować tak radykalny zwrot świata mediów ku Internetowi. Oraz przekonać odbiorców, że jest gotowa na to cyfrowe wyzwanie. Wedle tej opowieści, w 2012 roku miało być – ujmując rzecz kolokwialnie – posprzątane.

Mniej więcej w tym samym czasie Bernard Poulet ogłosił to samo w znakomitej skądinąd książce „Śmierć gazet i przyszłość informacji” (we Francji wyszła w 2009 roku, w polskim przekładzie – dwa lata później). Wtedy, i jeszcze nieco później, wydawało się, że to diagnoza przedwczesna. Teraz już nie.

Stawiam swą tezę bez satysfakcji. Od dziecka towarzyszyły mi gazety, byłem ich czytelnikiem od zawsze. Toteż czasy, których przyszło nam doczekać są szczególnie dla mnie gorzkie.

Od lat nakłady i wielkości sprzedaży prasy spadają. Tak w Polsce, jak i na świecie. Jak podaje Biblioteka Narodowa, między 2014 a 2017 rokiem odsetek osób, które choć raz sięgnęły po prasę drukowaną, spadł z 66 do 53 procent. Z rynku znikają kolejne tytuły, a informacje o redukcji zatrudnienia w redakcjach pojawiają się z coraz wyższą częstotliwością. Z kolei dane ZKDP wskazują, że sprzedaż prasy w 2018 r. osiągnęła 483 mln egzemplarzy, choć cztery lata wcześniej wynosiła ponad 709 milionów (dotyczy to sumarycznej sprzedaży egzemplarzowej tytułów będących pod kontrolą ZKDP). Spadek jest, jak widać, dramatyczny. I nie zatrzymał się, wciąż nurkuje.

W ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia z kilkoma znaczącymi gestami. A może wręcz rozpaczliwymi głosami czy prośbami ratunek. Izba Wydawców Prasy wystosowała apel „Czytajcie prasę, bądźmy razem!” i wyemitowała nagranie z udziałem wydawców i redaktorów. Nieco wcześniej ta sama Izba wystosowała do premiera rządu memorandum w sprawie konieczności zapewnienia funkcjonowania prasy w sytuacji kryzysowej.

Bo każdy kryzys ekonomiczny to dodatkowy cios dla rynku prasy. Gazety, czytanie prasy, dawno przestały być ważnym elementem naszego życia. Kupowanie ulubionego tytułu w swoim kiosku (pamiętają Państwo teczkowe prenumeraty?) to rytuał dziś o tyleż archaiczny, co dla całych pokoleń – zupełnie obcy i pozbawiony sensu. Dla generacji, jak zauważa przywołany już Bernard Poulet, tzw. Digital Natives, gazety to zupełna abstrakcja. A mowa o tych młodych ludziach, którym Internet (czy „bycie w trybie online”) towarzyszy od urodzenia. I którzy z roku na rok stają się coraz ważniejszą grupą konsumentów. Wiedzę czy w ogóle informacje czerpią wyłącznie z sieci, i to przeważnie z darmowych źródeł. Choć, jak słusznie zauważają niektórzy, w Internecie nie ma niczego za darmo; jeśli nie przelewem, to płacimy otwierając się ze swoją prywatnością, zwłaszcza zaś informacją o preferencjach zakupowych. Względnie – ekspozycją na mnóstwo przekazów reklamowych (pół biedy, jeśli dobrze sprofilowanych).

Dodajmy jednak, że wydawcy prasowi wcale nie próżnują i od lat szukają nowych modeli biznesowych. Już jakiś czas temu zdołali przełamać obrzydzenie wobec Internetu i mocno osadzić się w świecie cyfrowym. Skrótowo rzecz traktując: równolegle z papierem ukazują się wydania cyfrowe (na tablety i czytniki e-booków), a strony WWW większości ważnych tytułów stały się istotnymi portalami, które rywalizują o budżety reklamowe z największymi internetowymi gigantami. Upowszechniły się też modele abonamentowe z dostępem do przepastnych archiwów. Czynią to niemal wszyscy, bez wyjątku.

No dobrze, skoro ustaliliśmy już, iż źródłem kłopotów i upadku prasy jest Internet, a wydawcy zdołali się przekonać do sieci, to co czeka w najbliższej przyszłości papierowe wydania gazet i czasopism? Tak – koniec, upadek.

Przynajmniej w takiej postaci, jaka dziś jest obecna na rynku. Bo jednym jeszcze z testowanych i przyjętych przez wydawców podejść jest zmiana charakteru codziennych gazet. Wydawcy na własnej skórze odczuli potęgę internetowych gigantów i coraz częściej porzucają newsy. W starciu na czas z wydawcami internetowymi są przecież bez szans. Ale redakcje to także potężne zasoby, których brak innym. Wspomniane archiwa oraz doświadczenie dziennikarzy i redaktorów. Choć w ostatnim czasie nieco się to zmienia, wydawcy stricte internetowi nie byli w stanie dostarczać czytelnikom pogłębionych analiz, wartościowej publicystyki czy porządnego reportażu. To była – i w dużej mierze nadal jest – domena prasy codziennej. Właśnie dlatego gazety na naszych oczach przeobrażają się w magazyny o atrakcyjnych treściach żyjących dłużej niż jedną dobę. I taka forma – w mojej opinii – przetrwa. Taka, którą dziś reprezentują choćby weekendowe wydania większości poważnej prasy codziennej. A reszta? Tak zwane tygodniki opinii będą rywalizować o względy czytelników właśnie z gazetami. Miesięczniki i kwartalniki – mocno profilowane pod względem tematyki – staną się niszą jeszcze głębszą niż obecnie. O niskich nakładach, cenach zbliżonych do książek i autorami, którym wydawcy nie są w stanie płacić. Pozostanie przekonanie o potrzebie dyskursu w wybranych dziedzinach życia oraz prestiżu – dla obu stron, autorów i ich czytelników.

 


Komentarze
Ładowanie...

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. AkceptujęDowiedz się więcej