STAN RZECZY
Współczesny świat przeżywa kryzys zaufania. Wraz z nim rośnie tęsknota za tym, co namacalne i konkretne. Szczere jest to, co można dotknąć. Czy to takie trudne do zrozumienia?
1.
Richard Feynman wiedział, o co chodzi. Jako fizyk atomowy jego zadaniem było dokładne przyglądanie się – na przykład w ramach projektu Manhattan, gdzie z najmniejszych rzeczy (atomów) tworzono największe rzeczy (bomby atomowe). Takie rzeczy działają tylko wtedy, gdy najpierw się myśli, a potem działa, czyli przed dotknięciem stawia się zrozumienie. Najpierw pomyśl, potem działaj. Nie jest to jednak tak oczywiste, jak się wydaje. Można też postąpić inaczej.
Według laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki coraz więcej naukowców, ekspertów, menedżerów i obywateli bardziej interesowało się symboliką swoich działań niż tym, co z nich wynika. Analiza Feynmana dotycząca rodzącego się społeczeństwa opartego na wiedzy, którą przedstawił w 1974 roku w przemówieniu wygłoszonym w California Institute of Technology, jest surowa. Ale historia brzmi znajomo. Oto ona:
Podczas II wojny światowej Amerykanie utworzyli bazy na wyspach Samoa. Zaopatrzenie wojska, ale także miejscowej ludności, odbywało się drogą powietrzną. Samoloty lądowały i przywoziły rzeczy, które dla Samoańczyków były nowe i wspaniałe. Samoańczycy byli bardzo zainteresowani tymi towarami. I tak się złożyło, że nikt z nich nie przejmował się tym, na jakiej podstawie, przy użyciu jakiej technologii i dzięki jakiemu systemowi towary te trafiały na Samoa. Liczyły się tylko same towary. A kiedy po wojnie i wycofaniu się amerykańskich żołnierzy nagle zabrakło wszystkich towarów, Samoańczycy zrobili coś bardzo dziwnego, jak opisał Feynman: „Czczą kult samolotów. Budują sztuczne pasy startowe, obok których rozpalają ogniska, aby naśladować światła sygnalizacyjne. A w drewnianej chatce siedzi biedny tubylec z drewnianymi słuchawkami, z których wystają bambusowe patyki, które mają przedstawiać anteny, i kręci głową w tę i z powrotem …”
Nie pomijają żadnego szczegółu, nawet wieże radarowe są odtwarzane przez Samoańczyków z drewna, ponieważ „mają nadzieję, że w ten sposób przyciągną samoloty, które przyniosą im piękne rzeczy. Robią wszystko dobrze. Pod względem formy jest to bez zarzutu. Wszystko wygląda tak samo jak wtedy. Ale to nie działa. Żaden samolot nie ląduje”.
Akademicka publiczność uznała opowieść Feynmana za zabawną, ale on sam zepsuł ludziom zabawę. Bo nie tylko zachowanie naiwnych tubylców na Samoa jest dziwne, ale także wielu badaczy i intelektualistów. Kult cargo jest wszędzie, a już w latach siedemdziesiątych wielu naukowców podążało za modnym trendem badawczym, symbolicznym i bezcelowym, ale zawsze dostosowanym do aktualnego głównego nurtu politycznego. W pokoleniu Feynmana podchodzono bezkrytycznie do każdej formy wielkiej technologii, ale pokolenie później sytuacja uległa zmianie. To, co kiedyś było bombowe, stopniowo stało się ekologiczne, a oba modele stały się funkcjonalnymi modelami biznesowymi tylko dlatego, że polityka wykupiła popyt. Płaci się za symboliczne działanie. Siedzą teraz w zespołach i na konferencjach, rozmawiają i prezentują wszystko dla rzekomo dobrej lub sprawiedliwej sprawy, kręcą głowami w tę i z powrotem, podczas gdy bambusowe pałeczki stukają w rytm.
Kult Cargo wygląda świetnie, naprawdę profesjonalnie, ale tylko wygląda. Pamiętamy: „Robią wszystko dobrze. Pod względem formy bez zarzutu…, ale to nie działa. Żaden samolot nie ląduje”.
- Second Life
To nie działa. Żaden samolot nie ląduje. Czy ktoś jeszcze pamięta Second Life? W połowie ostatniej dekady eksperci internetowi i wiele mediów było zachwyconych niesamowitymi możliwościami tego wirtualnego świata, który został otwarty w 2003 roku przez kalifornijską firmę Linden Lab. Awatar, czyli sztuczny przedstawiciel prawdziwego człowieka mieszkający w cyberprzestrzeni, miał prowadzić wspaniałe życie. W piątek wieczorem nie chodzono do dyskoteki, ale świętowano wirtualne imprezy. I wszystko było jak zawsze. Robiono rzeczy, o których w prawdziwym życiu nie śmiało się nawet myśleć. Pod osłoną anonimowości pozwalano sobie na duży dystans. Każdy mógł wcielić się w bohatera, divę lub osobę odnoszącą sukcesy. Nieważne, jak bardzo ktoś był w prawdziwym życiu nieśmiałym mieszczuchem – w wirtualnej przestrzeni nie miało to znaczenia. Społeczeństwo ryzyka, które w prawdziwym życiu coraz bardziej się wszystkiego bało, czuło się tutaj bezpiecznie, w sieci, miejscu, gdzie wszystko nie jest traktowane tak poważnie i nie ma takich konsekwencji jak w zimnym, złym prawdziwym życiu. To nie była zabawa. To była ucieczka.
Kto jednak wtedy ostrożnie sprzeciwiał się, twierdząc, że nie byłoby tak źle, gdybyśmy zajęli się tym pierwszym światem, naszym prawdziwym życiem i realną gospodarką, zamiast nadal intensywnie promować społeczeństwo symulacyjne, był uważany za głupiego reakcjonistę, zacofanego i wroga postępu.
Wielki kult Second Life ostygł. Na końcu pozostało od 35 000 do 60 000 użytkowników. Jest to więc średniej wielkości miasteczko, dalekie od metropolii, a tym bardziej od nowego świata.
Zjawisko takie jak Second Life ma jeszcze szereg innych przyczyn – motywów do ucieczki od realnego świata było zawsze mnóstwo. W tym przypadku jednak spadek popularności jest dość oczywisty. Dlaczego Second Life nie cieszył się już taką popularnością? Ponieważ w prawdziwym świecie dzieje się o wiele więcej ekscytujących rzeczy. Second Life znika z mediów w latach 2007/2008, czyli w czasie, gdy mistrzowie wszechświata swoimi spekulacjami i złymi kredytami doprowadzili do prawdziwego kryzysu, który dzięki ogromnym wysiłkom politycznym przerodził się w kryzys walutowy. Rzeczywistość przyćmiła Second Life i jest pewną ironią, że to właśnie wielka gra, wielka symulacja, zepchnęła świat internetowy w cień.
W środku symulacji natrafiono na rzeczywistość. Nie oznacza to jednak, że traci się swoje iluzje.
Wokół kryzysów ostatnich lat rozgrywa się wielki kult cargo. Najważniejsi wodzowie tubylców na naszej planecie mają na głowach grube drewniane hełmy, z których wystają duże bambusowe tyczki. Za ogromne pieniądze budują pasy startowe i palą sygnały ogniowe przeznaczone dla samolotów, które nie istnieją. Każdego dnia kult staje się coraz bardziej rozbudowany, pojawiają się nowe zaklęcia i rytuały. Słowo „gospodarka realna” ma kluczowe znaczenie w praktykowaniu kultu. Jest to jednak pojęcie zbyt ważne, aby pozostawić je ludziom, którzy noszą zabawne hełmy, zajmują się dziwnymi kultami i czekają, aż sprawy same się rozwiążą.
W świecie rzeczy zadaje się inne pytania i zawsze dzieje się tak, jak nauczył się Feynman: od małych rzeczy do wielkich spraw. Zacznijmy więc. O co chodzi?
Kto odkrywa świat rzeczy, szuka konkretów, konturów, ram, dzięki którym można sobie wyobrazić, o co chodzi. Nie chodzi tu o osobistą interpretację, jeden z wielu możliwych punktów widzenia, ale o „prawdziwą istotę” świata. Kto w takich czasach zadaje to pytanie, porusza zawsze całą serię innych kwestii: jak poważna jest naprawdę sytuacja? Czy muszę traktować cokolwiek poważnie? Czy cała ta dyskusja o kryzysie nie jest tylko symulacją? Lub, jak powiedziałby wielki psycholog i znawca ludzkiej natury Paul Watzlawick: jak prawdziwa jest rzeczywistość?
To zależy od tego, w jakiej rzeczywistości się żyje. Są tacy, których każda zmiana nastrojów na rynkach dotyka bezpośrednio, których egzystencja zaczyna się chwiać. Ale są też tacy, którzy znają kryzys tylko z telewizji – i dla których jest on mniej więcej tak przerażający, jak szwedzki kryminał w późnym programie telewizyjnym. W rzeczywistości, jak się mówi, nic nie może się wydarzyć.
Nie jest to ignorancja, ale logika. Od dziesięcioleci wszędzie wszystko jest wyolbrzymiane i przesadzane. W walce o uwagę od dawna obowiązuje zasada: kto głośniej krzyczy, ten ma rację. Sama sprawa nie jest tak ważna, istotne jest szybkie i medialne oburzenie. Każdy sprzedaje katastrofy, koniec świata, zagrożenia, które mu odpowiadają. Jak dziś ponownie widzimy, wypiera to z dyskusji ostatnie resztki obiektywizmu. Kiedyś cnotą było pozostawanie w dyskusjach obiektywnym i rzeczowym, argumentowanie chłodno i pragmatycznie, zamiast w alarmistycznym podnieceniu. Tak było kiedyś. Dzisiaj wszędzie dominują emocje i symbole. Świat jest tak zaśmiecony symbolicznymi działaniami, że nie ma już miejsca na samą sprawę.
I zdarza się, że ludzie, którzy rozpropagowali swoje idee za pomocą symbolicznych działań, sami na tym cierpią. W swojej pracy „Whole Earth Discipline – An Ecopragmatist Manifesto” Stewart Brand dziwi się, że w kwestiach środowiskowych dominują symbole i emocje zamiast pragmatyzmu i obiektywizmu. Zmiana klimatu nie potrzebuje symbolicznych działań.
Brand jest jednym z najważniejszych prekursorów tego, co kiedyś nazywano kontrkulturą. Jednak jego największym talentem zawsze było przedstawianie nowych, abstrakcyjnych idei w przystępny sposób. Brand jest pragmatykiem, wizjonerem, który wie, że ludzie nie potrafią sobie niczego wyobrazić, jeśli nie da im się symboli, które zachęcą ich do działania. Tak postępował jako organizator festiwali hipisowskich w San Francisco w latach sześćdziesiątych, tak rozpoczął swoją alternatywną biblię „The Whole Earth Catalog”, która wywarła wpływ zarówno na kulturę ekologiczną, jak i na początki internetu.
Tak samo postępuje Brand jako inicjator Global Business Network. Ironią losu jest to, że Brand musi dziś forsować swoją ekologiczną pragmatykę wbrew symbolicznej wizji ekologii, na której dramaturgię miał decydujący wpływ. W 1966 roku rozpoczął kampanię, w której wezwał amerykańską agencję kosmiczną NASA do opublikowania zdjęcia całej Ziemi. Konspiracyjne hasło „Dlaczego właściwie nie widzieliśmy jeszcze zdjęcia całej Ziemi?” Brand umieścił na kubkach, koszulkach i przypinkach. Dzięki temu trafił nawet do beat -&-hipisowskiej epopei „The Electric Kool-Aid Acid Test” i dzięki temu zyskał światową sławę literacką. Nieco później, w grudniu 1968 roku, NASA w końcu opublikowała zdjęcie całej Ziemi, wykonane z okna małego statku kosmicznego misji Apollo 8, który orbitujący wokół Księżyca. Na pierwszym planie widać horyzont Księżyca, a w tle wschodzi świat.
Zdjęcie to doprowadziło do tego, co Brand zamierzał osiągnąć swoją kampanią, i stało się najczęściej cytowanym zdjęciem ekologicznym wszech czasów. Już w najwcześniejszych podpisach pod zdjęciem pojawiała się wzmianka o „kruchej Ziemi”, którą należy teraz lepiej chronić, o „bezbronności Błękitnej Planety”, jej „całkowitej wrażliwości”, by wymienić tylko najczęściej używane do dziś frazy dotyczące tego zdjęcia. Mała Ziemia zawisła w czarnej pustce kosmosu – wywołało to poruszenie, podobno również u dowódcy Apollo 8, Franka Bormana, który odkrył wschodzącą Ziemię na pokładzie statku kosmicznego – obraz, który zmienił jego świadomość. Rzeczywiście, według protokołu radiowego Apollo 8, Borman powiedział na widok wschodzącej Ziemi: „Wow, is that pretty! ”, „Człowieku, ale to ładnie wygląda!”. Jednak nikogo to nie interesowało, a już na pewno nie modni przedstawiciele kontrkultury. Oni chcieli swojego kultu cargo. Wtedy widzi się to, co chce się widzieć: Ziemia jest „krucha”.
Tak właśnie jest: idee szukają sobie swoich rzeczy – a wielu ludzi uważa to za dowody. W erze konstrukcji cyfrowej jest to podwójnie niebezpieczne. Każde zdjęcie, każdy film, wszystkie rzekomo widoczne, a tym samym pozornie oczywiste „fakty” można doskonale manipulować. Nie potrzeba do tego nawet komputera; wystarczą nasze uprzedzenia.
Czy sieci społecznościowe naprawdę pokazują swoich użytkowników tak autentycznie, prawdziwie i bez upiększeń, jak się dziś wszędzie mówi? Czy ludzie nie udają już ostatnio, czy nie chcą już się podobać? I czy cyfrowe góry, które powstają w wyniku eksploracji danych, są naprawdę lepszej jakości niż to, co wcześniej wiedzieliśmy o naszych klientach? A może to wszystko jest tylko nową wersją wschodzącej ziemi, która raz jest ładna, a raz budzi niepokój, w zależności od tego, jak na to spojrzymy? To nie ma sensu. Żaden samolot z pięknymi rzeczami nie ląduje.
Dlaczego tak jest? Przedmiot jest zdradliwy, ponieważ mniej ufamy naszemu rozumowi niż rzeczom, które możemy dotknąć. Od zawsze obowiązywała zasada: w razie wątpliwości rzecz. Kiedy w trakcie ewolucji człowieka sytuacja stawała się niebezpieczna, świat wydawał się zbyt złożony, a jego bieg nieprzyjemny, ludzie zwracali się ku rzeczom materialnym. Tak samo jest dzisiaj. Jest ich pod dostatkiem, ale ich zapasy wydają się zagrożone. Dlatego spożywa się to, co jest dostępne. Tak było zawsze. Głód, choroby i wrogowie byli zwalczani na miejscu, tu i teraz. Dopiero stopniowo świadomość i jej nieunikniona konsekwencja, czyli myślenie, sprawiły, że można było działać z zapasem, gromadzić rezerwy, inwestować, a rzeczy stały się dobrami, które działały ponad dniem i zaspokajały potrzeby.
W czasach kryzysu najwyraźniej aktywowany jest archaiczny program podstawowy. Ludzie, którzy i tak boją się złożoności współczesnego świata, przechodzą na program awaryjny. Oczywiście pozory są mylące, jeśli chodzi o rzeczy bezpieczne. Ludzie kupują złoto po najwyższych cenach, ponieważ chcą „bezpiecznej inwestycji”. Eksperci nazywają to szaleństwem. Ludzie kupują złoto, ponieważ chcą mieć coś namacalnego, coś, co wydaje się realne. Straty są akceptowane, ponieważ nie o to chodzi. Ludzie chcą zyskać czas, tworzą zapasy. W czasach głębokich zmian zawsze wygrywa to, co materialne. Ludzie są po prostu przytłoczeni – i wtedy można zapomnieć o rozsądku i racjonalności. W czasach kryzysu zawsze panuje atmosfera późnej jesieni: gromadzi się zapasy. Ma się nadzieję, że przetrwa się zimę.
Na przykładzie złota doskonale widać kult tego, co materialne. To, co można dotknąć, musi być prawdziwe – i uczciwe. Prawdziwe? Podczas gdy wiedzę trzeba najpierw zrozumieć i wprowadzić do świata poprzez abstrakcję i komunikację, akceptacja tego, co materialne, nie wymaga wiele – poza tęsknotą za czasami, w których technika nie skomplikowała jeszcze wszystkiego. Dawniej wszystko było lepsze – ale kiedy właściwie było dawniej? Kiedy świat i ludzie nie byli jeszcze zależni od złożonej abstrakcji?
Bardzo dawno temu. Najbardziej umiarkowana propozycja: od około 2,5 miliona lat ludzie używają narzędzi, które można zdefiniować jako proste maszyny lub protezy, jako rozszerzenie samego człowieka. Człowiek techniczny, Homo Faber, przekształca swój świat w przedmioty. Dzięki temu łatwiej mu się w nim odnaleźć. Świat jest tym, co z niego robimy, ale wcześniej obowiązuje zasada: świat jest tym, co o nim wiemy. Społeczeństwo oparte na wiedzy ma więc co najmniej 2,5 miliona lat. Czy to nie wystarczy, aby się do tego przyzwyczaić?
5.
Nie wygląda na to: abstrakcja wywołuje niepokój, natomiast przedmiot uspokaja. Jest wiele osób, które w sytuacji niepewności potrzebują szybko coś zjeść, najlepiej coś konkretnego. To całkowicie normalne. Ale czy trzeba od razu przenosić te doświadczenia na wszystko? Wygląda na to, że tak. Weźmy na przykład słowo „gospodarka realna”. W klasycznej ekonomii sektor realny to po prostu wszystko, co nie należy do branży finansowej. Jednak najpóźniej od czasu kryzysu bankowego opinia publiczna nieustannie myli piękne słowo „realny” ze słowem „rzeczywisty”, czyli prawdziwy, solidny i uczciwy.
W ten sposób powstaje wrażenie, że uczciwa gospodarka składa się ze wszystkich przedsiębiorstw, w których coś się skręca i majsterkuje – maszyny, meble, kiełbasa. Część gospodarki, która nie może pochwalić się niczym namacalnym, zostaje w ten sposób zdegradowana do rangi półlegalnej. Właściwie to godne ubolewania.
W średniowieczu mnisi, czyli pracownicy umysłowi, którzy zaprzątają sobie głowę kwestiami teologicznymi, byli wysyłani do pielenia ogrodu klasztornego. Rewolucja kulturalna Mao wysłała intelektualistów na pola buraków. Czysta praca umysłowa nie jest miła Bogu, a raczej kontrrewolucyjna.
Kto się poci, ma rację.
Ogrodnicy krajobrazowi wiedzą o tym. Ich branża kwitnie w czasach kryzysu. Zamożni ludzie, którzy zgromadzili swój majątek dzięki pracy umysłowej, kupują ogrody i lasy, zakładają kalosze i rękawiczki i biorą się za łopatę. To, co przez wieki uważano za uosobienie ubóstwa, ciężką pracę fizyczną, stało się dziś luksusem dla zamożnych obywateli, których niepewność wywołuje transformacja. Tam „czuje się siebie ponownie”, tam „można zobaczyć, co się osiągnęło”.
Takie fale emocji są typowe dla okresów przemian. Powrót na wieś był popularny również w latach sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych.
Było to krótko po tym, jak Peter Drucker uznał „pracownika umysłowego” za nowy motor kapitalizmu, zatrudnionego intelektualistę, który w wolnym czasie szukał równowagi, sensorycznego wyzwolenia. Osoby te robiły ponadto rzeczy, które nigdy nie przyszłyby do głowy ich rodzicom, na przykład biegły w grupie po twardym asfalcie w środku miasta – maraton; lub po pracy pocili się na dziwnych urządzeniach – trening. Kiedy na początku lat osiemdziesiątych bezrobocie i kryzysy wzrostu gospodarczego wstrząsnęły Zachodem, Olivia Newton-John śpiewała „Let’s get physical”. To, czego nie potrafiła osiągnąć głowa, miały teraz zrobić mięśnie. Ale już wtedy nie zadziałało.
Nie, świat rzeczy nie powraca – już choćby dlatego, że nigdy nie zniknął. Po prawie dwóch dekadach, w których śpiewano pochwały wirtualności, a wszystko inne uważano za przestarzałe, ludzie być może po prostu nie chcą już być nękani pustymi gadkami. Domagają się czegoś wiążącego – czegoś namacalnego.
Ludzie chcą wiedzieć, o co chodzi. To ich, nasze dobre prawo. Czymże byłoby przywództwo i zarządzanie, zarówno w polityce, jak i w przedsiębiorstwach, jeśli nie umiejętnością przedstawiania złożonych zagadnień w sposób zrozumiały dla adresatów, a tym samym użyteczny? Kto nie mówi jasno, nie może też orientować się w sytuacji, kosztuje nerwy, czas, zaufanie – jest osobą przeciążoną, która nieustannie przeciąża innych. Złożoność denerwuje. Ale odwrotność też jest prawdziwa. Dobrobyt i rozwój opierają się na złożoności – i nieustannie tworzą nowe złożoności.
To tutaj mają swoje źródło kryzysy, mówi się, tutaj leży prawdziwy problem, tak przynajmniej się twierdzi. Sprzeczność tę można rozwiązać na przykład poprzez samooszukiwanie się. Po prostu domaga się się gospodarki, w której „prawdziwi ludzie” mają handlować „prawdziwymi produktami”. Efekt tego można zobaczyć w handlu detalicznym artykułami spożywczymi. Na półkach znajdują się niezliczone produkty przemysłowe, które są „prawdziwe”, „ręcznie robione” i „naturalne”. Sztuczne oznacza tutaj: groźne.
Supermarkety są pełne iluzji, których wymagamy. Kto nie chce słuchać, musi poczuć.
Być może to nawet mogłoby pomóc.
Ponieważ to, że czujemy się tak źle w tym świecie i nie odczuwamy niczego właściwie, może być po prostu problemem technicznym. To nie wystarcza, aby poczuć prawdziwe emocje.
Greckie słowo haptós oznacza namacalny i jest źródłem słowa haptics, kluczowego dla technologii XXI wieku. Dla większości ludzi haptics oznacza, że coś jest przyjemne w dotyku. Jest to prawda, ale to za mało. Haptyka jest największym oknem naszego mózgu na świat. Tylko poprzez dotyk otrzymujemy wiele podstawowych informacji o przedmiotach i rzeczach, takich jak kształt, waga, rozmiar, właściwości, struktura. Sama ludzka skóra jest niezwykle gęstą siecią czujników i anten, które nieustannie dostarczają informacje do mózgu. Bodźce dotykowe są podstawą tego, co stanowi o człowieku, próbujemy wszystko dotknąć, poczuć. Spójrzcie na ręce i stopy, jak trudno jest je utrzymać w bezruchu. To jest głód dotyku – chcemy poznać świat. Taki jest człowiek.
Ale co otrzymuje? Zazwyczaj półśrodki, na przykład ekrany dotykowe. Większość ludzi uważa je za najnowszy trend. Nie reagują nawet na dotyk, a przecież każdy dotyk zakłada, że po drugiej stronie coś się dzieje. Ludzie chcą rzeczy, które żyją. Żywe wyświetlacze? Oczywiście, że nie. Ale powierzchnie, które mają strukturę, są wyczuwalne i dzięki temu zrozumiałe, byłyby bardzo przydatne. W społeczeństwie przemysłowym wszystko zostało wygładzone, powierzchnie po prostu wyrównane. Teraz trzeba wszystko ponownie uczynić bardziej szorstkim. Trzeba ponownie nauczyć się rozumieć.
Rzeczy, których powierzchnie „powinny zostać ponownie uczynione szorstkimi”, nigdy nie były inne w swojej istocie. Od czasu rewolucji przemysłowej dystans między ludźmi a rzeczami wzrósł. Nie tylko Karol Marks zdawał sobie sprawę, że społeczeństwo przemysłowe musi prowadzić do „alienacji” i „rzeczowienia” wszystkich relacji. Ludzie oddalają się od tego, co wytwarzają, a tym samym oddalają się również od istoty rzeczy. Historia alienacji od przedmiotów wyjaśnia nieco desperackie poszukiwanie przez współczesnego człowieka sensu tego, co robimy. Rzeczy materialne są przecież dowodem tego, do czego ludzie są zdolni. Rzeczy i zasoby, z których powstają, zawsze były w centrum naszej kultury. Każdy artefakt ludzki dowodzi, że potrafimy rozwiązywać problemy. Na tej podstawie posuwaliśmy się naprzód.
Jednak tam, gdzie są rzeczy, jest też przemoc, morderstwa i zabójstwa. Przypomina nam o tym, jak odległe echo, etymologia słowa „spór”.
Rabunek, czyli „siłowe odebranie rzeczy”, nigdy nie został przezwyciężony, został jedynie złagodzony, ucywilizowany – czyli to, co dziś nazwalibyśmy zorganizowanym. Najważniejszym zadaniem zorganizowanych społeczności, do których należą państwa, jest zarządzanie dystrybucją dóbr w taki sposób, aby straty w ludziach, czasie i energii pozostały w rozsądnych granicach. Nawet jeśli w trakcie naszej historii kulturowej znaleźliśmy wiele dobrych powodów i jeszcze więcej dobrych słów na określenie tego procesu, w istocie pozostał on tym, czym jest: brutalnym zabieraniem czegoś. Przez większość czasu i w największej części aparat ten zajmuje się tym zabieraniem, które w razie potrzeby odbywa się przy użyciu siły. Pomiędzy zorganizowanymi społecznościami toczyły się wojny. Zawsze chodzi o potępienie rabusiów, zawsze o legitymizację własnego rabunku. Historia jest jedną wielką walką o dobra materialne. Nasza kultura milczy na ten temat.
Industrializacja przyniosła ogromny napływ towarów. Świat rzeczy był coraz bardziej wszechobecny. Bardzo szybko pojawili się krytycy zarówno z lewej, jak i z prawej strony, którzy do dziś są zgodni w swojej krytyce konsumpcjonizmu. Głęboki sceptycyzm wobec rzeczy – nikczemny materializm – stał się podstawową stałą krytyki społeczeństwa i systemu.
Zawiera to podstawową prawdę, że więcej rzeczy prowadzi do większych sporów. W ideach i historii ruchów pacyfistycznych i demokratycznych końca XIX i początku XX wieku ta świadomość jest wszechobecna. Dzisiaj czerpią z niej wszyscy głosiciele wyrzeczeń.
Nikt nie jest w stanie sprawić, by przyczyna sporów zniknęła – zniesienie materializmu i świata “rzeczy” jest możliwe tylko za cenę samozniszczenia, czyli wtedy, gdy również człowiek bez śladu zniknie z tej planety. Niektórzy fundamentaliści uznaliby to za świetną wiadomość.
Pozostałyby wtedy rutynowe hasła wyrzeczenia i oszczędzania, które jednak są niczym więcej niż symbolicznymi gestami, nie przynoszącymi nic poza odrobiną spokoju ducha. Czy nie można spojrzeć na te sprawy inaczej?
Tak, można i trzeba – tylko najpierw trzeba uwolnić się od myślenia zero-jedynkowego. Sprawia to jednak, że życie staje się nieco bardziej złożone niż w przypadku powszechnych obecnie stereotypów typu „tak-nie”, „dobro-zło”. Można też podejść do tego w prosty sposób. Ale to nie działa. Słowo „kompromis” brzmi nieco nieprzyjemnie, ale nie należy go lekceważyć. Zwłaszcza że właściwie rozumiane może pomóc w pokonywaniu problemów.
Rzeczy prowadzą do sporów – dotyczy to społeczeństw i systemów, w których dominuje niedobór. Tam, gdzie panuje materialna bieda lub gdzie dla większości jest ona codziennością, walka o podział dóbr jest zazwyczaj najcięższa. Bieda nie czyni świata lepszym. Kto nie ma nic, musi ponosić wysokie ryzyko. Materialistyczny świat jest zdecydowanie lepszą opcją. Ludzie, którzy mają coś do stracenia, są bardziej pokojowo nastawieni niż inni. Pozostaje jednak faktem, że redystrybucja jest rabunkiem, brutalnym odebraniem rzeczy, a państwo wykorzystuje do tego swój monopol na użycie siły. Ofiary wychodzą jednak z tego z życiem.
Pokój nie jest wynikiem dobrej woli. Jest on kupiony i dobrze. A co z kryzysem finansowym i walutowym? Uczy nas on, że większość ludzi w zglobalizowanej gospodarce faktycznie znajduje się w tej samej łodzi. Muszą wiosłować i negocjować.
Wrażenie chaosu i braku planu, które mamy, wynika często z tego, że nie nauczyliśmy się rozumieć związku między tymi dwoma światami. Czasami jest to groteskowe, na przykład gdy ludzie z jednej strony protestują przeciwko materializmowi, a jednocześnie domagają się większego udziału. Jest to absurdalne, ale stanowi logiczną konsekwencję naszej kultury, która zna tylko rzeczy i nie chce polegać na wiedzy i abstrakcji. Jednak świat rzeczy jest również zorganizowany dzięki wiedzy i rozumowi. Najpierw pomyśl, potem działaj – nigdy nie było to tak ważne jak dzisiaj. Jeśli odwrócimy tę kolejność, dojdzie do kryzysu, co widać wszędzie. Każdy robi, co może, a dzisiaj można zrobić wiele. Łatwiej jest coś zrobić, niż o tym pomyśleć. To jest nasz problem.
Co robić? Musimy nauczyć się radzić sobie z nadmiarem i możliwościami. I ustalać nowe priorytety.
Stara kultura ceni wysiłek fizyczny i lekceważy pracę umysłową. Czci przedmiot i nie ufa umysłowi. Może się więc zdarzyć, że triumf umysłu, który stworzył ogólnoświatową sieć informacyjną, doprowadzi do banalnego szaleństwa, że wiedza nie może nic kosztować. To, co potrafimy, i to, co nadal myślimy, po prostu do siebie nie pasuje. Jak inaczej można wyjaśnić, że nie docenia się własności intelektualnej, że praca umysłowa nadal jest uważana za podejrzaną, a co najgorsze, że sami pracownicy umysłowi nie mają poczucia własnej wartości w świecie, który ma w głowie tylko grube pieniądze?
Skończmy z naszym kultem cargo.
Udajemy, że tak jest – to prawdziwa kultura naszego kryzysu. Nigdy wcześniej zdanie teoretyka systemowego Niklasa Luhmanna nie było bardziej trafne niż dzisiaj: „Kultura uniemożliwia zastanowienie się, co można zrobić inaczej zamiast tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni”. ” Zróbmy więc rewolucję kulturalną, ale tym razem taką, która nie przyniesie efektu odwrotnego do zamierzonego, ale stworzy przestrzeń. Wszystko, co musimy zrobić, to wyrzucić do kosza naszą ospałą, zadufaną, upraszczającą i wprowadzającą w błąd kulturę.
Społeczeństwo oparte na wiedzy to świat, który wie wszystko o rzeczach. Nie potrzebujemy dwóch, trzech światów, wystarczy jeden – jeśli to zrozumiemy. W końcu nie byłby to już kult. Ale realna gospodarka, a więc coś dobrego.
Naprawdę.
Founder & CEO Salon of Inspiration, UNIQUE IDEAS FOUNDATION. Networker, kurator sztuki, showrunner, mentor, publicysta, ekspert trendów oraz strategicznego rozwoju nowych idei, Communications Designer. Był również agentem ubezpieczeniowym, drwalem, oficerem i snajperem w wojsku. Motorem jego zaangażowania jest pasja, entuzjazm i miłość do łączenia ludzi, dyscyplin i światów. Laureat wielu międzynarodowych nagród, m.in. Germany Land of Ideas za INTERDISZIPLINÄRER SALON BERLIN oraz Freiherr von Stein Award (Social impact). Laureat 14 Edycji 50 Najbardziej Kreatywnych Osób w Biznesie. Wolne chwile poświęca malarstwu, fotografii, długim spacerom po plaży oraz czytaniu trzech książek równocześnie. Alumn Fundacji Allianz i Rotary Club. Twórca Next Future Salon (BMW Foundation Herbert Quandt) Salon of Inspiration, Startup Revolution Days – Berlin, Warszawa, Tel Aviv, Warsaw Science Nights oraz UNIKALNE HISTORIE – handmade in Poland. W przygotowaniu projekt INSPIRATION AWARD.