MYŚLENIE

123

Very little is needed to make a happy life; it is all within yourself, in your way of thinking.”
Marcus Aurelius


 

W 1727 roku, kiedy spadkobiercy wielkiego angielskiego myśliciela i badacza Isaaca Newtona przystąpili do przesiewania pozostałości po Mistrzu, doświadczyli paskudnej niespodzianki. Pośród zapisów laboratoryjnych i wyposażenia laboratorium, w którym Newton położył fundamenty pod nowoczesną fizykę, natknęli się na dziwne rzeczy: rzeczy, które miały niewiele wspólnego z logicznym, systematycznym i rozsądnym myśleniem. Wszelkiego rodzaju rupiecie, które naukowiec potajemnie, ale raczej z wielką pasją, zbierał. Materiały do „robienia złota”, alchemiczne bzdury, ezoteryczne bambetle. Co za wstyd! I więcej: zło wcielone dla reputacji. Już za życia Sir Isaac Newton był latarnią nowej wiedzy. Uznany daleko poza granicami ojczyzny, reprezentował oświeconą, racjonalną i celową naukę – która miała ręce i nogi, powiedzmy. Więc jak wyjaśnić ludzkości tę część jego dziedzictwa? Ludzie powiedzieliby, że starzec nie miał wszystkich filiżanek w szafce. Dla spadkobierców było to więcej niż krępujące. Żyło się przecież cudownie z reputacji starca. Te obrzydliwości, to było pewne, musiały zniknąć.

I tak wszystkie pomieszczenia i laboratoria Sir Isaaca Newtona zostały przez krewnych dokładnie przeszukane i oczyszczone z wszelkich śladów ezoterycznego „hobby”. Ponieważ wciąż istniał pewien podziw i szacunek dla narzędzi, z którymi posługiwał się mistrz, spadkobiercy spakowali wszystko do dużej walizki, którą zakopali w ogrodzie posiadłości Newtona. Dopiero wiele lat później, podczas prac remontowych, znaleziono te rupiecie, ale nawet wtedy potomkowie i „zarządzający” światopoglądem Newtona nie byli gotowi do otwartych kart – i rozpakowania walizki. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku – w międzyczasie osoby takie jak Albert Einstein poddali dogłębnej rewizji Newtona światopogląd –  dziedzictwo zostało rzucone na rynek. W Londynie zostały sprzedane na aukcji alchemiczne idee Newtona. Trafiły one do słynnego ekonomisty Johna Maynarda Keynesa (co sporo wyjaśnia). Sprawa z tą walizką, którą włoski autor Federico Di Trocchio po raz kolejny otworzył w swojej książce „Walizka Newtona” z 1998 r., pokazuje przede wszystkim jedną rzecz: każdy, kto myśli odmiennie, rzadko ma przyjaciół. A kto wierzy, że to dotyczyło wyłącznie roku 1727, ten dawno nie rozglądał się na zewnątrz.

 

Jednocześnie społeczeństwo oparte na wiedzy, ta nowa formacja, brzmi przecież jak myślenie. Myślenie jest procesem, w którym idee, wspomnienia i koncepcje formują oświecenie w celu zdobycia użytecznych instrukcji do opanowania życiowych sytuacji. Chyba, brzmi w każdym bądź razie praktycznie i o to chodzi. Ale ma również swoje pułapki. Spójrzmy raz jeszcze na przykład Newtona. Fakt, że spadkobiercy spakowali i pochowali alchemiczne pomysły Mistrza, był praktycznie nieunikniony. Konkurenci wielkiego myśliciela zakwestionowaliby całą pracę mistrza tym znaleziskiem. Na to czaiła się połowa Royal Society, szanowanego stowarzyszenia naukowego zjednoczonego królestwa. Jego członkowie, zdobyli z jednej strony ogromną wiedzę dzięki fundamentalnym odkryciom Newtona w dziedzinie optyki, mechaniki i matematyki ale równocześnie ich własne prace naukowe zostały obalone. To szkodziło biznesowi, a przede wszystkim oznaczyło dużo nadgodzin. Nawet ci, którzy cenią owoce myślenia, nie przepadają za mimowolnymi nadgodzinami. Było wielu, którzy chcieli zdyskredytować Newtona – zwłaszcza po jego śmierci. A że Newton odważnie bronił swoich ustaleń, nie poprawiało sytuacji.

Powiedzmy to wprost: Newton był przemądrzalcem, kimś kto myśli nowymi biegunami i ma czelność to jeszcze głośno mówić. Mądrala właśnie. Ten, który zakłóca spokój umysłu i spokój innych. Idyllę tych, którzy nie wiedzą, lub nie chcą. Ogólnie rzecz biorąc, można podzielić umysłowo pracującą część ludzkości, czyli zapewne tylko ułamek całej populacji, na dwie szkoły myślenia: Myślokratów i myślotwórców. Newton był bez wątpienia myślotwórca, ponieważ to, co stworzył pod względem wiedzy, a tym samym wszystkie te rozwiązane problemy, przed nim nie istniało. Tym samym jednak nieuchronnie przeciwstawił się ogromnej większości tych, którzy z  istniejącą już wiedzę świetnie mogli żyć, zarządzali nią i wygodnie się w niej osiedlili: Myślokratom. Ludzie o których Di Trocchio pisze: „Nie tylko nie potrafili myśleć inaczej, ale także odrzucali tych, którzy próbują i się wyróżniają”. Kto przeszkadza biurokratom w rutynie, może spakować swoje torby. Istnieją osoby, którzy sądzą, iż internet to wspaniała myślącą maszyna, w której wybucha zbiorowa inteligencja; i są ludzie, którzy uważają internet za ojczyznę głupkowatych i idiotów. W obu tezach jest coś na rzeczy. W naszym przypadku w pozornie banalnej debacie na forum internetowym o nazwie Yahoo-Answers. Jakiś czas temu odbyła się tam miła debata na temat myślenia. Czym właściwie jest? Czy można nie myśleć? Nie, większość internautów uznała, nie, nie ma innego wyjścia, jak myśleć. Właściwie myśli się nieprzerwanie, każdą milisekundę. Ale potem wpadł ich Newton. Ktoś, kto mówił niezbyt wiele, przeszedł prosto do meritum: nie chodzi wcale o to czy się myśli, czy nie. Lecz czy zgłębiasz wiedzę, czy nie. Myślenie. Refleksja. To dwie pary butów. Powinniście  o tym pomyśleć.

Po tym stwierdzeniu w debacie coś zgrzytnęło, nie posuwała się naprzód, a optymistyczną interpretacją tej ciszy jest, że uczestnicy forum od tego czasu łamią sobie głowy w tej sprawie. Byłoby naprawdę świetnie. Piękniej aniżeli ta wypowiedź nieznanego bohatera myślenia z Yahoo-Answers Forum nie można tego sformułować. Myślenie to naprawdę nic wielkiego. Każdy kretyn może pomyśleć. W modyfikacji wglądu ukierunkowanego na komunikację psychologa Paula Watzlawicka można śmiało powiedzieć: „Nie można nie myśleć”. Zawsze jest coś. Ale co? To pytanie należy zadać teraz. Jak obchodzimy się z myśleniem i myślicielami? Czy zrozumieliśmy, że ich odkrycia są fundamentem naszego codziennego chleba? Ten, kto żyje z wiedzy, musi robić więcej niż jego obowiązek, więcej niż rutynowe wymagania. Co oznacza, że wiedza jest najważniejszym zasobem? I gdzie leżą różnice między rutynowym myśleniem a refleksją? Kto jest myślokratem a kto jest myślotwórcą? Różnice były do tej pory drugorzędne.

 

Może badania nad mózgiem okażą się przydatne? Najlepsze i najdroższe mierniki neurologów nie są w stanie ujawnić różnicy między pustym rutynowym myśleniem a burzą mózgu. Obraz mózgu dwóch osób, których głowy umieścilibyśmy w MRI, nie przyniósłby żadnych wymiernych rezultatów na temat jakości ich myślenia. Ten, który właśnie łamie sobie głowę nad swoim cotygodniowym horoskopem, byłby nie do odróżnienia od tego, który właśnie znalazł wzór na niekończącą się i czystą produkcję energii. Niewielkie drgania i migotania gdzieś pomiędzy wzgórzem, sklepieniem, korą mózgową i hipocampem, byłyby wszystkim co monitory byłyby w stanie nam pokazać. Być może błyskałoby u jednego trochę bardziej w obszarze płata czołowego, gdzie naukowcy podejrzewają „siedlisko” jestestwa. Ale nie jest to pewne. Urządzenia nie mogłyby nam powiedzieć, czy skaner wykrył prostaka czy geniusza.

 

Myślenia, samego w sobie, nie da się inaczej klasyfikować. Z jedenastu milionów informacji (bitów) na sekundę, które poprzez nasze zmysły docierają do naszego mózgu, pozostaje tylko 40 bitów – czyli 275 000. Część całości – tworząc świadomą myśl. Więcej nasz mózg nie daje rady. Pozostała część przenika do wielkiej nieświadomości, której domaga się starożytny archaiczny pień mózgu; na poczet automatycznych procesów, kontroli mięśni, reakcji i wszystkich niezbędnych rzeczy, których potrzebuje nasz organizm, aby utrzymać go w ruchu. Czysta samozachowawczość jest zatem bardzo kosztowna. Wnikliwość podpowiada że większość informacji i energii, również tutaj, wykorzystywana jest do utrzymania rutyny – biologicznej biurokracji. Dla refleksji – warunek innowacyjności, poprawy i świadomego rozwiązywania problemów pozostaje tylko ułamek. Ludzki mózg ma raczej niekorzystny faktor R & D. Te 40 bitów to nasz jedyny kapitał. Jednak nawet to jest lekką przesadą, ponieważ już zastanawianie się nad znaczeniem horoskopu jest myśleniem, a nie rutyną. To dość skromna prognoza dla społeczeństwa opartego na wiedzy.

 

Jednak te fundusze muszą nam starczyć. Tego uczy nas doświadczenie. Konflikty między starym a nowym, rutyną a innowacją, myślokracją i myślotwórcami zawsze determinowały rozwój. To, co wyróżnia Newtona, Jobsa, Elona Muska, podobnie jak wielu im podobnym, to to, co wielki ekonomista Joseph A. Schumpeter nazwał swego czasu TWÓRCZĄ DESTRUKCJĄ, która jest jedną z podstawowych funkcji kapitalizmu, a nie tylko formułką ekonomiczną. Każda – udana – innowacja przynosi przełom, rewolucję, każdy wynalazek przynajmniej namacalną zmianę – lub zakłócenie – istniejącego systemu i zachowania ludzi. Skok wiedzy wywołany przez Refleksję, zagraża status quo, rutynie.

 

Refleksja przeszkadza rutynie – czasami niszczy. I dobrze. Większość ludzi zajmowała i nadal zajmuje się przede wszystkim administrowaniem tego co już istnieje. Produkt refleksji, tworzący coś nowego, jest w najlepszym przypadku dla większości denerwujący – ponieważ odwraca ich uwagę od rutynowych czynności. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy mogliby na tym skorzystać, gdyby innowacja, która im tak bardzo „przeszkadza” w dłuższej perspektywie zapewniła łatwiejszą pracę lub wyższe dochody i zyski. Naturalną „prawie” reakcją na innowację jest obrona. To zrozumiałe: Rutyniarze są celem ataków odnowy. Schumpeter był w swojej pracy nad tymi podstawowymi ludzkimi wzorami bardziej świadomy niż wszyscy ekonomiści przed nim – i większość po nim. W swojej książce z 1939 r. „Cykle koniunkturalne”, bezpośredniego poprzednika jego opus magnum „Kapitalizm, socjalizm i demokracja” (1942), opisuje moc rutynowych myśli, „preferencji”, jak je nazywa, na podstawie dramatycznych przykładów.

 

Opowiada o losach pruskiego innowatora, który wynalazł krosno wstęgowe, niezbędny narzędzie do masowej produkcji tkanin. Maszyna jednak zanadto nękałaby Establishment swego czasu. Więc na życzenie rywalizujących przedsiębiorców mężczyzna został – wyrokiem Urzędu Miasta Danzig – w 1579 r. uduszony. Minęły prawie dwa stulecia, zanim wyżej wymieniony pomysł mógł się, wbrew wszelkim przeciwnościom rozwinąć i stać się jedną z najważniejszych maszyn wczesnej rewolucji przemysłowej. W Anglii 1624 roku zniszczone zostały maszyny, które potrafiły produkować automatycznie igły; królewski dekret zapewnił szybką egzekucję. Jak wskazuje Schumpeter w wielu przykładach, tak zwani łowcy maszyn nie zawsze byli wściekłymi robotnikami, którzy jako ofiary automatyzacji działali przeciwko innowacjom, jak gdyby w afekcie.

Często to właśnie rutynowi przedsiębiorcy i biurokraci sami niszczyli nowości – a przy okazji, jego twórcę – ponieważ mieli rację co do dalekosiężnej perspektywy innowacji: musimy temu zapobiec, ponieważ w przeciwnym razie będziemy musieli się zmienić. Kiedy Schumpeter rozpoczął swoją karierę jako ekonomista, miał, podobnie jak większość jego kolegów po dziś dzień, obsesję na punkcie liczb i modeli. Ale stał się jednak mistrzem doświadczenia, ekonomistą, który nieustannie głosił, że prawdziwą istotę przedsiębiorczości można zrozumieć tylko przez połączenie ekonomii z pamięcią historyczną, odpowiedzialnością społeczną i holistyczną oceną. Jak myślą ludzie? Jest to fundamentalne pytanie. Na to pytanie nie da się odpowiedzieć modelami i wielkimi teoriami, chociaż dzisiaj takie przekonania są popularne. Zdecydowana większość ekonomistów gubi się w matematycznych grach i teoretycznych modelach z dala od rzeczywistości. Modele te podążają za logiką, która jest równie głupia jak gry z tymi bitami i bajtami, które przenikają do mózgu. Sugerują powagę – podstawę naukową-, której celem jest niepodważalne, „odwieczne” prawo. Ale to nonsens. Społeczeństwo jest tak samo w nieustannym ruchu, jak i kapitalizm. Myślenie i tworzenie czegoś nowego oznacza zmianę, która jest denerwująca dla ludzi, którzy woleliby właściwie odpocząć. To umysłowe ograniczenie można by również nazwać antyprzedsiębiorczością.

 

Domniemaną ochroną przed atakami uwspółcześnienia jest „eksperckość”. W niszy tej myślenie może stać się rutyną i niczym ponadto. Naukowcy i myśliciele działają w podobny sposób jak prawnicy, którzy stanowią fundament nowoczesnej służby cywilnej. Jego cechą jest język, kod, który jest pierwszą powłoką ochronną przed intruzami. Druga warstwa ochrony to ciasny zbiór zasad, standardów, reguł i tak zwanych „procesów”, które są obowiązkowe. To, co dzieje się w tym świecie, jest dość przewidywalne. Innowacje są natychmiast rozpoznawane podobnie jak ciała obce przez układ odpornościowy. To nic nowego. Gildie, cechy, rzemieślnicy w średniowieczu, ustanawiali jasne, nieoficjalne zasady i reguły wykluczenia potencjalnych konkurentów. Na dużą skalę robią to dzisiaj stowarzyszenia, partie i lobbyści.

 

Eksperci i kasta specjalistów reprezentują na szeroką skalę rutynę umysłową i intelektualną biurokrację. Oczywiście, tutaj również się myśli, ale zawsze wąskotorowo i według z góry określonymi zasadami i metodami, których przestrzeganie jest ściśle strzeżone. W systemach tych wszystko jest dostosowane do przetrwania. To biurokracja, nie produkcja, a klimat jest naturalnie wrogi innowacjom. Ale nawet te systemy muszą się od czasu do czasu odnawiać, aby się dostosować – ale w niewiarygodnie wolnym tempie. To się nazywa reformy. Reformy zawierają zawsze zakaz myślenia. Reforma to taka forma, której celem nie jest zastąpienie istniejącego systemu nowym, ale utrzymanie go za wszelką cenę.

 

To wyjaśnia nie tylko niesamowite zamiłowanie do procesów reform w polityce. Biurokracja intelektualna od dawna nadaje również ton w wielu organizacjach – i blokuje z sukcesem odnowienia lub nawet tylko debatę na ten temat. Nie jest przypadkiem, że w takich systemach coraz więcej osób używa terminów takich jak „rutyna” i „obieg”. To ostatnie brzmi szykownie – ale jest niewątpliwie znakiem myślokracji, która obraca się w kółko. Każdy, kto chciałby więcej i inaczej, „strzela obok celu”, brakuje mu „umiaru”, „stracił uziemnienie” lub „nie pomyślał nad konsekwencje swego działania”.

 

Cała ta frazeologia życia codziennego zmierza do ukonstytuowania Naczelnej Rady Nadzorczej św, Myślokracji. Jeśli wiesz coś lepiej, jest mądralą. Wrogiem systemu. Myślenie jest inne. Było, jest i pozostanie na zawsze otwartym procesem. Myślenie nigdy nie mówi: to nie moja sprawa, nie znam się na tym. W przeszłości uważano za słuszne, że wykształcene osoby zaprzątają sobie głowy również rzeczami, które nie są „ich sprawą”. Liberalny citoyen, który pojawiał się na ziemi polskiej tylko w dawkach homeopatycznych, rozumiał siebie jako człowieka intelektu – jak ktoś który to, co eksperci, grupy interesów i systemy definiowały jako dobre i złe, raz jeszcze samodzielnie analizował. Ludzie ci byli wiedzący lepiej, ponieważ w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa osiągnęli lepszą wiedzę poprzez refleksję. Tytuł na identyfikatorach tych ludzi, równocześnie obelga w dzisiejszych czasach, to Intelektualiści. Ludzie, którzy używają swojego intelektu, starają się aby uzyskać wgląd i zrozumienie. Idealnie gdy intelektualista jest zarazem myślotwórcą per se – który stawia w znak zapytania istniejące światopoglądy w celu zdobycia niezależnej wiedzy – nowej wiedzy. Takie osoby mają niezbyt ciekawe karty w myślokracjach.

 

Nikt dzisiaj nie wymaga więcej intelektu – potrzeba więcej edukacji, a to zazwyczaj w formie specjalizacji. Oczywiście edukacja jest warunkiem refleksji, ale niczym poza tym : jest to zestaw narzędzi, z którego korzystasz, kiedy tworzysz coś nowego. Totalne przecenianie edukacji – a nie kontemplacji – wskazuje na to, że nikt nie chce się zajmować niezależnymi myślicielami. Zdradzieckie w tym kontekście jest słowo „pracownik umysłowy”. To, czego naprawdę się pragnie, to wielu specjalistów, naukowców, jeśli to możliwe, którzy nie wykorzystują swojego intelektu do samodzielnego myślenia. Zgodnie z tradycją pracownika fabryki, powinni robić to, co im się mówi – a nie przeszkadzać, a już z pewnością nie twórczo.

 

Jednym z pierwszych, którzy w pełni to rozpoznali, był założyciel byłego Związku Radzieckiego, Władimir Iljicz Lenin. Urodzony w 1870 r. Rosjanin sam był z natury „intelektualistą”, członkiem „inteligencji”. Jego krytyczna refleksja nad tym, co w Rosji carskiej uważano za słuszne a co za złe, uczyniła go jednym z inteligentów. Ale w drodze do władzy Lenin dowiedział się, jak łatwo niezależni, krytyczni ludzie mogą zakłócić piękne plany. Osoby te zadawali mu dręczące pytania dotyczące struktury partii, organizacji. A przede wszystkim kwestionowali, czy jego, Leninowski pogląd na rzeczy jest rozwiązaniem wszystkich problemów. Fuck. Wściekły, pisał w 1904 roku: „Nikt nie odważy się zaprzeczyć, że inteligencja, jako szczególna warstwa współczesnego społeczeństwa cechuje się indywidualizmem i niezdolnością do dyscypliny i organizacji.” Intelektualiści dla Lenina to „ogólnie wszyscy wykształceni, przedstawiciele wolnych zawodów”. Tu czai się niebezpieczeństwo. W samodzielności, która zaczyna się naturalnie w głowie. Nieprzewidywalność. Z takimi ludźmi nie można stworzyć żadnego państwa, a z pewnością nie socjalistyczny raj.

 

Reżimy totalitarne po przejęciu władzy usuwają skutecznie i niezawodnie dlatego najpierw intelektualistów. Największe niebezpieczeństwo, nawet jeśli ktoś uważa, że ustabilizowało władzę, pokazują wybitne przykłady, takie jak Aleksander Sołżenicyn w ZSRR czy Jan Józef Lipski, którzy próbowali wskazać alternatywę nawet pod dyktaturą. W końcu jest to najważniejsza praca myśliciela: wskazanie na alternatywę dla rutyny i zastanej sytuacji. Dokładniej, jest to jego najważniejsze zadanie. Ponieważ istnieją sytuacje, w których rzekomi myśliciele stają się najważniejszymi stabilizatorami istniejącego. To nie wygląda zawsze tak samo. Mniej więcej w roku 1968, bynajmniej na zachodzie, każdy intelektualista musiał się zobowiązać do realizacji celów ruchu studenckiego. Celami tymi były prawdziwe innowacje – radykalne zniszczenie drobnomieszczańskiego powojennego środowiska, które miało poprawić demokrację. Ale było też całkiem jasne, że wdrożenie tej „innowacji” nie było wykonalne w takim zakresie, w jakim by się tego chciało. Dodatkowo, nie wystarczy powiedzieć „nie” – bez rozwijania innowacji społecznej akceptowalnej przez większość. Niektórzy intelektualiści, którzy wskazywali na tę sprzeczność, wydawali się samotnymi wilkami na pustyni. W tamtym czasie refleksja była tematem nr. 1.

 

Gdzie jest intelekt, gdzie refleksja? Niektórzy uważają, że w powojennym społeczeństwie, podzielił się równomiernie między ludźmi, co można również nazwać „demokratyzacją wiedzy”. Intelektualiści nie byliby już potrzebni, ponieważ wszyscy już w jakiś sposób stali się intelektualistami. Brzmi nieźle, ale o co chodzi? Czy obywatele i pracownicy są tak niezależni dzięki swojej wiedzy, że mogą stać się samodzielni, czy też martwią się najbardziej o swoją pracę i regularne dochody? Czy większość obywateli podejmuje niezależne decyzje dotyczące swojego życia i wyrywa się z otchłani rutyny? Jak to wygląda? Gdyby wiedza naprawdę się „zdemokratyzowała”, wówczas rutyna i myślokracja nie miałyby, w firmach i organizacjach, racji bytu. Ponieważ wszyscy musieliby się zjednoczyć, aby poprzez refleksję ciągle wprowadzać innowacje. Jest jednak odwrotnie. Biurokracja rośnie w takim tempie, jak w kolorowych broszurach korporacyjnych zaklina się wspólną wolę innowacji. Jako wskaźnik tego rozwoju służy termin „myślący na opak”.

 

Są to ludzie, którzy po prostu w coś innego wierzą, mają na myśli lub mówią coś innego aniżeli w Corporate Design wychowani pracownicy organizacji. Dlaczego właściwie „na opak”? W przeszłości nazywano ludzi, którzy prowadzili nas poprzez refleksję, wizjonerami, prekursorami lub czołowymi myślicielami. Myślący na opak używamy, gdy coś nam przeszkadza. Coś leży na drodze, coś utknęło, coś utrudnia proces. Myślenie na opak jest zatem nienormalne. Myślenie, nie pcha już do przodu, lecz przeszkadza. To pokazuje całą megalomanię „efektywnej organizacji”. Ich protagoniści, tak zwani twórcy (?Macher), uważają się za doskonałych.

 

Oni potrafią wszystko. Co jakiś czas wzywają jakiegoś błazna, w końcu trochę zabawy nie zaszkodzi. Każdy, kto patrzy na to, jak czołowi myślokraci, używają intelektu innych ludzi, wie, jak, ach szkoda pisać. Myślących na opak zamawia się jak cappuccino. Za tym, że myślenie w organizacji jest pożądane tylko połowicznie, świadczy piękny termin „thinktank”. Te jednostki myślenia te istnieją od dziesięcioleci na podstawie, że radykalne myślenie i dążenie do innowacji w samej organizacji jest naruszane przez zbyt wiele „czynników.” Co to oznacza? Że myśliciele, którzy myślą w kategoriach firmy, organizacji o ulepszeniach i innowacjach, muszą chronić się przed biurokracją? Czy obawiamy się o spokój w firmie, inny termin biurokratycznej rutyny? Czy jesteśmy narażeni na zakłócenia trybu socjalistycznego? Nie daj boże zmiany? Refleksja jest traktowana jak trąd. Kwarantanna myślenia.

 

Biurokracja posunęła się tak daleko, że nie chce się już lub nie może skonfrontować jej bezpośrednio z innowatorami. W związku z tym thinktanki i myślący na opak zostają outsourcowani lub starannie w organizacjach izolowani. W procesie tym traci się coraz więcej substancji: tam, gdzie brakuje debaty, dyskursu, jak nazywano to w czasach starożytnych, odizolowane od siebie departamenty tracą całkowicie swoje relacje. Rezultatem są uparci biurokraci i specjaliści z jednej strony i sfrustrowani myśliciele z drugiej. Nikt nie chce rozmawiać z drugimi – aż do niemożności porozumienia. Dotyczy to organizacji i świata zewnętrznego. Akurat teraz. Produktem refleksji jest innowacja, którą nazywamy wiedzą.

 

Więc czego potrzebujemy? „konstruktywnego intelektualistę”. On nie jest ani outsiderem, ani nayseyerem. Współpracuje, nawiązuje relacje. A przede wszystkim dzieli się swoją wiedzą, ponieważ wie, że jest to jedyny sposób na stworzenie wartości dodanej, której wszyscy potrzebujemy. Aby zwiększyć wiedzę poprzez podział – nowe i trudne zadanie, przed którym stoi wielu wiedzopracowników w ich łańcuchach wartości… Chodzi o rozwój wartości niematerialnego bogactwa, które może być rozwijane tylko w relacjach i może być promowane jedynie poprzez wartości przeżywane w związkach. Są warunkiem wstępnym udanych projektów innowacyjnych. Wszystko to razem ma kolejną ważną zaletę: daje „kierunek przepływu wiedzy” a „producentom wiedzy” otokę i znaczenie.

 

Refleksja staje się częścią refleksji. Relacje, a nie separacje, to przyszłość myśli i innowacji. Życie wymaga tylko uczciwego wysiłku i chęci zrozumienia. Dialog. Dyskurs. Debata. Początek zrozumienia. Rozmawiamy o społeczeństwie opartym na wiedzy i kreatywności – potem kiwamy głową, ale mało kto tak naprawdę rozumie, że refleksja i myślenie jest głównym zasobem gospodarczym. Jednak z owym zasobem obchodzimy się tak jak z towarami przemysłowymi. Konstruktywny intelektualista jest rozwiązaniem tej oczywistej dziś separacji – i która wydaje się pozostawić nam wybór tylko między biurokratyzmem a odosobnieniem. Intelektualiści muszą być w organizacjach a osoby w organizacjach muszą przestać twierdzić iż myślenie jest zbędne, zgodnie z mottem: Intelekt nie jest naprawdę ważny dla codziennego życia.

 

Ale gdy myślenie staje się „fermentem tworzenia wartości”, po prostu nie można sobie pozwolić na takie uprzedzenia – podobnie jak postawa specjalizatorów rodem ze społeczeństwa przemysłowego, która zakorzenia się i konsekwentnie zaprzecza wymianie z innymi podmiotami i dyscyplinami. Konstruktywne i holistyczne myślenie wymaga woli, zainteresowania i ciekawości na inność. Już teraz rozmnażamy oraz napędzamy ludzi, którzy nie mają czasu ani chęci na patrzenie w lewo lub w prawo. Ślepy zaułek. Manewr zwrotny powiedzie się tylko wtedy, gdy „wyrobnicy” staną się bardziej pokorni, a myśliciele „bardziej pewni siebie i odważniejsi”. Potrzebujemy drugiego oświecenia, w którym dokonuje się punkt zwrotny od ego do inteligentnego „my”. ” Drugie oświecenie? Wygórowane oczekiwania – ale także z powodu faktu, że pierwsze oświecenie, tak, jeszcze się nie skończyło. Nadal istnieją pewne prace domowe, które nie są wykonane, i nic dziwnego, te najbardziej wymagające, leżąc od ponad 200 lat.

 

Ten kto nie chce egzekwować tego, co odkrył, co wie, co przemyśla ten nie odrobił swojej pracy domowej. Sapere aude, powiedział Horace, co Immanuel Kant słusznie przetłumaczył: „Miejcie odwagę posłużyć się swoim własnym umysłem”. Wystarczy. Biurokraci mogą się spakować. Z miła chęcią również swoje walizki.


Komentarze
Ładowanie...

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. AkceptujęDowiedz się więcej