Jak z pandemią poradziły sobie światy sportu i esportu?

113

Trudno byłoby wskazać branżę, która w ostatnich miesiącach nie została nadszarpnięta przez rozprzestrzeniającą się pandemię. Z uwagą więc śledziliśmy kolejne doniesienia dotyczące koronawirusa i wiążącymi się z nim obostrzeniami w świecie rozrywki, sportu i – rzecz jasna – esportu.

Ostatnia z wymienionych gałęzi, co naturalne, w ostatecznym rozrachunku ucierpiała najmniej. Ba! Nie oszukując się, możemy śmiało stwierdzić, że branża sportów elektronicznych w gruncie rzeczy na całej tej bezprecedensowej sytuacji zyskała. Tak wizerunkowo, jak i biznesowo. Pamiętamy jednak, że pierwsze dni czy tygodnie nie były tak kolorowe. To przecież Intel Extreme Masters był jednym z pierwszych wydarzeń, który utracił status imprezy masowej. Dziesiątki tysięcy kibiców musiały obejść się smakiem i rozpocząć próby anulowania wcześniejszych rezerwacji w hotelach, zaś organizatorzy i wystawcy zakasali rękawy, by zminimalizować powstałe straty.

Odwołanie IEM-u dla publiczności było bez wątpienia bolesnym ciosem, ale wszyscy dobrze zdawali sobie sprawę, że w obliczu nadchodzących obostrzeń to właśnie esport będzie mógł wykorzystać swoją szansę. Nie ma przecież żadnych przeciwskazań, by rozgrywki toczyły się w naturalnym dla graczy środowisku, czyli internecie. Nie czekaliśmy więc długo, by najbardziej prestiżowe zmagania w LoL-u czy CS:GO przeniosły się do sfery online . Oczywiście na bliżej nieokreślony czas z obiegu wypadły wydarzenia LAN-owe, lecz nie było to wielkim zmartwieniem dla sponsorów czy organizatorów, bo przecież lwia część marketingowych świadczeń była realizowana podczas transmisji na żywo.

Kiedy więc esport tymczasowo przeniósł się do swojej macierzy, z wielkim zaciekawieniem obserwowaliśmy to, jak na panujące warunki odpowiedzą podmioty ze świata sportu. Tutaj sytuacja była przecież dużo bardziej skomplikowana, bo nie było możliwości, by ekstraklasowe potyczki mogły zostać dokończone na serwerze. Nie istniała jednak przeszkoda, by prawdziwą murawę wymienić na tę wirtualną w celach biznesowo-marketingowych. I tak też zresztą się stało, a za pierwszymi klubami piłkarskimi szły kolejne.

Na Starym Kontynencie nie brakowało rozgrywek, w którym brały udział czołowe światowe marki. Na wirtualną odsłonę swoich zmagań zdecydowała się m.in. Bundesliga, a w ePremier League Invitational mogliśmy śledzić poczynania m.in. Trenta Alexandra-Arnolda czy Raheema Sterlinga. Więcej okazji do pokazania swoich możliwości mieli więc zakontraktowani na stałe w klubach zawodnicy FIFA, ale czas mogli również umilić sobie przesiadujący na kwaratannie piłkarze.

Nie samą Europą jednak żyje człowiek, a jeżeli spojrzeć na to, jak w dobie pandemii radziły sobie polskie kluby, nie mamy się czego powstydzić. Już w pierwszych tygodniach pokazowe mecze w FIFA 20 zorganizowały m.in. Wisła Kraków, Legia Warszawa czy nowo powstała sekcja esportowa Śląska Wrocław , natomiast Górnik Zabrze – w ramach obchodów 50-lecia występu w finale Pucharu Zdobywców Pucharów – przeprowadził spotkanie z AS Romą. Wszystkie mecze cieszyły się ogromnym zainteresowaniem kibiców ze świata piłki, a kluby wykorzystały okazję na realizację świadczeń sponsorskich. O krok dalej poszedł zresztą wspomniany klub z Krakowa, który na czas ESL Mistrzostw Polski w CS:GO wyeksponował marki swoich sponsorów na kanałach sekcji esportowej.

Na osobne brawa zasługuje również piłkarska Ekstraklasa, która już w pierwszych tygodniach trwania kwarantanny zabrała się za działania. We współpracy z ESL Polska liga stworzyła m.in. rozgrywki #StayAtHome, w których udział brali gracze esportowi, a także sami piłkarze. Oprócz tego nie sposób nie wspomnieć o Ekstraklasa Cup, czyli turnieju, w którym na antenie CANAL + SPORT możemy podziwiać m.in. popisy Jakuba Rzeźniczaka czy Michała Buchalika.

Gdyby tego było mało, dodatkową rozrywkę zapewnili nam przedstawiciele PZPN-u, którzy na przestrzeni ostatnich miesięcy organizowali pokazowe spotkania z zawodnikami innych reprezentacji. Swoich sił próbowali więc wyłonieni w lutym przedstawiciele kadry eFutbolu, ale również piłkarze pierwszej drużyny, jak np. Maciej Rybus, Krzysztof Piątek czy Krystian Bielik.

Nie da się jednak ukryć, że świat piłki nożnej miał znacznie ułatwione zadanie. Nie wszystkie dyscypliny mają przecież swoje symulatory, a seria FIFA jest zresztą najpopularniejszą grą sportową, toteż rywalizacja piłkarzy na wirtualnej murawie wydawała się wręcz naturalna. W podobnej sytuacji znajdowały się m.in. kluby koszykówki przenoszące rywalizację na parkiety NBA 2K20 czy organizatorzy wyścigów Formuły 1, którzy zaprosili kierowców na esportowe tory. Znacznie trudniej miały m.in. polskie kluby grające na co dzień w Lidze Futbolu Amerykańskiego, chociaż i one ostatecznie skusiły się na rywalizację online, a zawodnicy Panthers Wrocław czy Bydgoszcz Archers mierzyli się w CS:GO oraz League of Legends.

Nawet w obliczu ekstremalnych warunków część podmiotów ze świata sportu tradycyjnego zdołała obrócić sytuację na swoją korzyść. Kluby sportowe skorzystały z pomocnej ręki esportu i aktywnie działały podczas rozgrywkowego przestoju, zaś sama wirtualna sfera zmagań zgrabnie odwdzięczyła się za swoje pięć minut uwagi. Kto wie, być może ostatnie miesiące sprawią, że już wkrótce zobaczymy znacznie więcej podobnych działań. Już nie ze względu na obostrzenia i zakazy.

Nie ulega wątpliwości, że widownia esportu stale zwiększa się.

Esport przyciąga kibiców sportu