Po co właściwie kształcimy?
12 lat rozmawiałem z Mariuszem Figurskim, wówczas prorektorem ds. rozwoju Wojskowej Akademii Technicznej. Dziś jest profesorem nauk technicznych, profesorem Politechniki Gdańskiej i zastępcą dyrektora ds. naukowych Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.
Spis treści
Wróciłem do tamtej rozmowy po przeczytaniu jego najnowszego tekstu: „Przedmioty z łapanki i dyktat rynku. Czego nie mówią uczelnie o rezygnacjach studentów”.
Figurski przestrzega dziś przed podporządkowywaniem uniwersytetu doraźnym potrzebom rynku. Broni związku dydaktyki z prawdziwą nauką. Pisze, że najlepszy wykładowca nie powinien być odtwórcą cudzej wiedzy, lecz badaczem, który sam mierzy się z problemami i właśnie tego sposobu myślenia uczy studentów.
Tyle że dwanaście lat wcześniej mówił mi o czymś pozornie przeciwnym.
Mówił o potrzebie znacznie silniejszego związku nauki z gospodarką. O badaniach rozpoczynanych bez odpowiedzi na pytanie, co później zrobić z ich rezultatem. O problemach własności intelektualnej. O potrzebie zatrudniania na uczelniach ludzi rozumiejących przemysł. O nieufności przedsiębiorców wobec uczelni. I o instytucjach mających pośredniczyć pomiędzy nauką i biznesem, które potrafią stać się – jak mówił – „tworem samym dla siebie”.
Sprzeczność?
Moim zdaniem nie.
Nie pytajmy tylko: czego chce rynek?
Od 36 lat zajmuję się marketingiem i nauczyłem się przynajmniej jednego: zanim zaczniemy dyskutować o produkcie, warto zapytać, czyją potrzebę ma on zaspokajać i jaką wartość tworzyć.
Spróbujmy więc potraktować w ten sposób edukację.
Polskie uczelnie ekonomiczne każdego roku kształcą przyszłych ekonomistów, przedsiębiorców, prezesów, menedżerów, finansistów, marketerów, specjalistów komunikacji. Ludzi, którzy za kilka czy kilkanaście lat będą współdecydowali o konkurencyjności polskich przedsiębiorstw i gospodarki.
Po co ich kształcimy?
Pytanie brzmi banalnie. Dopóki nie spróbujemy na nie precyzyjnie odpowiedzieć.
Czy uczelnia ekonomiczna ma zaspokajać potrzebę studenta? Pracodawcy? Rynku pracy? Gospodarki? Państwa? Społeczeństwa?
A może wszystkich jednocześnie?
Na papierze system istnieje
Nie byłoby uczciwe twierdzić, że uczelnie i biznes ze sobą nie rozmawiają.
Istnieją rady biznesu przy uczelniach. Organizacje przedsiębiorców zajmują się kompetencjami i kwalifikacjami. Działa rozwijany przez PARP system sektorowych rad ds. kompetencji, w których spotykają się przedstawiciele pracodawców, edukacji i organizacji branżowych. Rady mają analizować potrzeby kompetencyjne, przygotowywać rekomendacje dotyczące kształcenia, monitorować zmiany w sektorach oraz inicjować współpracę przedsiębiorców z uczelniami.
Konfederacja Lewiatan ma Radę ds. Kompetencji i Kwalifikacji i prowadziła analizy dotyczące m.in. przyszłego zapotrzebowania na kompetencje cyfrowe.
Pracodawcy RP uczestniczą w systemie rad sektorowych; działają rozwiązania dotyczące konkretnych sektorów, np. rachunkowości i podatków, których deklarowanym celem jest identyfikowanie zmieniających się potrzeb kompetencyjnych i dostosowywanie systemu kształcenia do rynku pracy.
Mechanizmy więc są.
Tylko że mnie interesuje coś innego.
Co z nich wynika?
Nie ile odbyło się spotkań. Nie ilu przedsiębiorców zasiada w radach. Nie ile podpisano porozumień. Nie ile powstało raportów.
Chciałbym wiedzieć:
Jaką konkretną potrzebę gospodarki zidentyfikowano?
Co w wyniku tej wiedzy zmieniono w sposobie kształcenia?
Po jakim czasie?
I czy później ktoś sprawdził, czy zmiana przyniosła oczekiwany rezultat?
Dopiero wtedy przechodzimy od mierzenia aktywności do mierzenia efektu.
A czego oczekują sami studenci?
Rozmawiałem ostatnio ze studentami o tym, co właściwie wynoszą ze studiów.
Ich odpowiedzi były dla mnie ciekawsze niż prosta krytyka uczelni.
Z jednej strony mówią o znaczeniu fundamentów, wiedzy i nauczeniu się uczenia. Z drugiej – bardzo wyraźnie rozróżniają zaliczanie kolejnych przedmiotów od rzeczywistego rozwoju.
Jeden z moich rozmówców zwrócił uwagę, że system ocen może premiować przede wszystkim dobre wykonywanie kolejnych akademickich obowiązków. Tymczasem aktywność w kole naukowym, startupie, organizacji studenckiej czy własnym projekcie może nauczyć rzeczy, których nie da się łatwo wpisać do indeksu.
Inna rozmówczyni, opisując doświadczenie pracy blisko naukowców prowadzących rzeczywiste projekty, użyła zdania, które zostało mi w głowie:
„Ta nauka jest po coś”.
I chyba właśnie o to chodzi.
Nie o zamianę uniwersytetu w szkołę zawodową.
Nie o nauczenie studenta obsługi narzędzia, którego za pięć lat może już nie być.
Nie o realizowanie listy życzeń dzisiejszych pracodawców.
Sztuczna inteligencja pokazuje zresztą brutalnie, jak ryzykowne byłoby takie myślenie. Możemy dziś perfekcyjnie przygotować człowieka do wykonywania czynności, których za kilka lat nikt nie będzie wykonywał w ten sam sposób.
Rynek nie może pisać programu studiów
I tutaj wracam do Figurskiego.
Dwanaście lat temu mówił o konieczności zderzenia nauki z przemysłem. Dzisiaj ostrzega przed „dyktatem rynku”.
Obie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Uczelnia powinna rozumieć gospodarkę, ale nie może stać się jej działem HR.
Przedsiębiorcy również nie zawsze wiedzą, jakich kompetencji będą potrzebowali za dziesięć lat. Jeżeli zapytamy ich wyłącznie o dzisiejsze wakaty, możemy świetnie przygotować studentów do gospodarki, która właśnie przestaje istnieć.
Dlatego interesuje mnie pytanie trudniejsze:
skąd polskie uczelnie ekonomiczne wiedzą, jakich ludzi będzie potrzebowała polska gospodarka za 5, 10 i 20 lat?
Czy systematycznie badają przedsiębiorstwa?
Czy korzystają z wiedzy organizacji przedsiębiorców i rad sektorowych?
Czy rozmawiają z MŚP, startupami i firmami rodzinnymi, a nie tylko największymi korporacjami?
Czy potrafią odróżnić dzisiejsze zapotrzebowanie na pracownika od kompetencji potrzebnych do zbudowania przyszłej gospodarki?
I wreszcie: czy potrafią pokazać drogę od zidentyfikowanej potrzeby, przez decyzję o programie kształcenia, aż do rezultatu?
Po co?
W starej rozmowie Figurski opowiadał mi o Wojskowej Akademii Technicznej. Tam odpowiedź na pytanie „po co?” była stosunkowo łatwa do uchwycenia.
Badania prowadziły do technologii. Technologie znajdowały zastosowanie w przemyśle. Część rozwiązań wojskowych mogła później znaleźć zastosowania cywilne. Nauka, państwo i przemysł spotykały się wokół konkretnych problemów.
WAT nie jest oczywiście modelem, który można mechanicznie przenieść na uczelnię ekonomiczną.
Ale pozostawia niewygodne pytanie:
jeżeli uczelnia techniczna potrafi określić problemy, które chce rozwiązywać, to jaki problem chce rozwiązywać uczelnia kształcąca przyszłych ekonomistów, przedsiębiorców, menedżerów i marketerów?
Nie znam jeszcze odpowiedzi.
I właśnie dlatego zadaję to pytanie.
Bo być może zanim zaczniemy kolejną dyskusję o programach, kierunkach, przedmiotach, kompetencjach przyszłości i sztucznej inteligencji, warto odpowiedzieć na pytanie wcześniejsze.
Po co właściwie kształcimy?
A dopiero potem pytać: jak?
Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.