BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

Jak Kościół wymyślił marketing

Zanim marketing został nazwany marketingiem, ktoś już rozumiał, że ludzie potrzebują nie tylko chleba, ale także nadziei

Spis treści
  1. Zanim marketing został nazwany marketingiem, ktoś już rozumiał, że ludzie potrzebują nie tylko chleba, ale także nadziei
  2. Wszystko zaczyna się od potrzeby
  3. Produkt, którego nie można dotknąć
  4. Marka rozpoznawalna wszędzie
  5. Spójność, której mogłyby pozazdrościć korporacje
  6. Największa sieć dystrybucji świata
  7. Ambona, procesja i storytelling
  8. Czy Kościół naprawdę wymyślił marketing?
  9. Wniosek

Zanim marketing został nazwany marketingiem, ktoś już rozumiał, że ludzie potrzebują nie tylko chleba, ale także nadziei

Kiedy mówię, że marketing nie zaczął się od reklamy, zwykle niewiele osób protestuje.

Kiedy mówię, że wiele mechanizmów marketingowych ma setki lat, zaczynają się pytania.

A kiedy dodaję, że jedną z organizacji, która intuicyjnie stosowała zasady marketingu na długo przed pojawieniem się tego słowa, był Kościół, zwykle zapada cisza.

I właśnie dlatego zainteresowała mnie książka Bruno Ballardiniego „Jezus i biel stanie się jeszcze bielsza. Jak Kościół wymyślił marketing”.

Nie dlatego, że jest kontrowersyjna.

Dlatego, że zmusza do spojrzenia na marketing z zupełnie innej perspektywy.

Od razu dodam jedno ważne zastrzeżenie.

Nie jest to tekst o religii.

Nie jest to również ocena Kościoła.

To próba spojrzenia na jedną z najstarszych i najbardziej wpływowych organizacji świata przez pryzmat marketingu.

A dokładniej przez pryzmat mojej ulubionej definicji marketingu.

Marketing to zaspokajanie czyichś potrzeb z korzyścią dla siebie.

Wszystko zaczyna się od potrzeby

Od lat powtarzam, że marketing nie zaczyna się od reklamy.

Nie zaczyna się od kampanii.

Nie zaczyna się od mediów społecznościowych.

Marketing zaczyna się od potrzeby.

Jeżeli nie rozumiesz potrzeby człowieka, cała reszta nie ma większego znaczenia.

I tutaj dochodzimy do rzeczy najciekawszej.

Jaką potrzebę zaspokaja Kościół?

Odpowiedzi może być wiele.

Potrzebę wspólnoty.

Potrzebę sensu.

Potrzebę przynależności.

Potrzebę bezpieczeństwa.

Ale jest jeszcze jedna.

Najważniejsza.

Nadzieja.

Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek staje wobec pytań, na które nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Kim jestem?

Po co żyję?

Co będzie później?

A przede wszystkim:

Co będzie po śmierci?

I właśnie tutaj pozwolę sobie na prowokację.

Nadzieja jest towarem ekstra luksusowym.

Nie można jej dotknąć.

Nie można jej zważyć.

Nie można jej zmierzyć.

A jednak ludzie są gotowi poświęcać dla niej czas, pieniądze, wysiłek, a czasem całe życie.

Produkt, którego nie można dotknąć

Większość firm sprzedaje produkty materialne.

Samochody.

Telefony.

Buty.

Żywność.

Kościół od dwóch tysięcy lat oferuje coś znacznie trudniejszego do zdefiniowania.

Sens.

Nadzieję.

Wspólnotę.

Zbawienie.

Poczucie, że życie ma głębszy wymiar.

To produkt niematerialny.

A mimo to okazał się jednym z najbardziej trwałych „produktów” w historii świata.

Marka rozpoznawalna wszędzie

Marketerzy marzą o rozpoznawalności.

Kościół osiągnął ją na skalę globalną.

Krzyż jest prawdopodobnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli świata.

Nie wymaga tłumaczenia.

Nie wymaga podpisu.

Nie wymaga kampanii wyjaśniającej.

Wystarczy jedno spojrzenie.

Każdy specjalista od brandingu chciałby mieć tak silny znak.

Spójność, której mogłyby pozazdrościć korporacje

Przyjedź do Brazylii.

Do Hiszpanii.

Do Polski.

Do kraju afrykańskiego.

Wejdź do kościoła.

I bardzo szybko odnajdziesz się w tej przestrzeni.

Ołtarz.

Ambona.

Nawa główna.

Kaplice boczne.

Szaty liturgiczne.

Symbole.

Kolory.

Rytuały.

Oczywiście występują różnice.

Ale rdzeń pozostaje ten sam.

W świecie, w którym wiele marek nie potrafi utrzymać spójności przez kilka lat, jest to osiągnięcie imponujące.

Największa sieć dystrybucji świata

Jest jeszcze coś, o czym marketerzy często zapominają.

Produkt i marka nie wystarczą.

Potrzebna jest dystrybucja.

Parafie.

Diecezje.

Zakony.

Misje.

Punkty obecności praktycznie wszędzie tam, gdzie pojawiają się ludzie.

Regularny kontakt.

Bliskość.

Dostępność.

Marketing bez dystrybucji nie istnieje.

Kościół zrozumiał to bardzo wcześnie.

Ambona, procesja i storytelling

Dziś mówimy o content marketingu.

O budowaniu społeczności.

O event marketingu.

O storytellingu.

Brzmi nowocześnie.

Tyle że wiele z tych mechanizmów istnieje od stuleci.

Kazania.

Przypowieści.

Pieśni.

Procesje.

Pielgrzymki.

Święta.

Historie świętych.

To wszystko służyło przekazywaniu wartości, budowaniu wspólnoty i wzmacnianiu więzi.

Nazwy się zmieniły.

Mechanizmy pozostały zaskakująco podobne.

Czy Kościół naprawdę wymyślił marketing?

Nie.

Marketing jako dziedzina wiedzy pojawił się znacznie później.

Ale książka Ballardiniego stawia znacznie ciekawsze pytanie.

Czy wiele zasad, które dziś opisujemy językiem marketingu, było stosowanych na długo przed tym, zanim ktokolwiek użył słowa „marketing”?

Moim zdaniem odpowiedź brzmi: tak.

I właśnie dlatego ta książka jest tak interesująca.

Bo zmusza do spojrzenia na marketing szerzej.

Znacznie szerzej niż przez pryzmat reklam, kampanii i mediów społecznościowych.

Wniosek

Być może największym odkryciem tej książki nie jest to, że Kościół wymyślił marketing.

Być może największym odkryciem jest to, że marketing jest znacznie starszy, niż nam się wydaje.

Zanim powstały agencje reklamowe.

Zanim pojawił się Philip Kotler.

Zanim Al Ries i Jack Trout napisali swoje słynne prawa.

Ktoś już rozumiał, że ludzie potrzebują nie tylko chleba, ubrań i dachu nad głową.

Potrzebują również sensu.

Wspólnoty.

I nadziei.

A nadzieja pozostaje jednym z najcenniejszych produktów, jakie kiedykolwiek pojawiły się na rynku ludzkich potrzeb.

Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.

Obserwuj w Google