„Co za skurwysyn powiesił tak tę kartkę?!”
Oto kolejny tekst z moich wspomnien cyklu „Na stronie”. Tym razem zabieram Państwa do świata Teatru Telewizji — z czasów, gdy wszystko szło naprawdę na żywo.
Młodszym czytelnikom trudno dziś uwierzyć, że przez wiele lat Teatr Telewizji nadawany był na żywo.
Naprawdę na żywo.
Nie było montażu. Nie było dubli. Nie było możliwości powiedzenia: „Stop. Jeszcze raz”.
Spektakle realizowaliśmy w studiach przy Placu Powstańców Warszawy, bo telewizyjne centrum przy Woronicza jeszcze nie istniało.
Dla widza wszystko wyglądało prosto. Aktorzy grali swoje role, kamery pokazywały kolejne sceny, a akcja płynęła bez zakłóceń. Za kulisami panował jednak świat przypominający dobrze zorganizowaną operację.
Operatorzy prowadzili kamery. Realizator wydawał polecenia. A za dekoracjami uwijali się maszyniści. Dziś mało kto pamięta tę profesję. To oni po cichu przesuwali ściany, wnosili meble, zmieniali dekoracje i przygotowywali następne sceny. Wszystko podczas trwania spektaklu. Wszystko na żywo. Wszystko tak, by widz niczego nie zauważył.
Nie zawsze się udawało.
Jedną z historii, które przez lata opowiadano w środowisku teatralnym i telewizyjnym, była anegdota najczęściej przypisywana Antoniemu Fertnerowi, choć w niektórych wersjach jej bohaterem jest także Ludwik Solski.
Jeśli rzeczywiście wydarzyła się tak, jak ją później opowiadano, musiało to być w pionierskim okresie polskiej telewizji, w pierwszej połowie lat 50., kiedy wszystkie programy i spektakle nadawano wyłącznie na żywo.
W teatralnym żargonie „murzynkiem” nazywano kartkę z fragmentem tekstu roli umieszczoną w takim miejscu, by aktor mógł na nią spojrzeć, a widz niczego nie zauważył.
Murzynki wisiały za meblami, przy drzwiach, na ścianach. Były ostatnią deską ratunku.
Podczas jednego ze spektakli nadawanego na żywo aktor miał w odpowiednim momencie spojrzeć na ukrytą podpowiedź.
Niestety ktoś w pośpiechu powiesił kartkę do góry nogami.
Aktor spojrzał. Zobaczył ciąg odwróconych liter. Po czym, na żywo, do tysięcy widzów, wypowiedział zdanie, które natychmiast przeszło do legendy:
– Co za skurwysyn powiesił tak tę kartkę?!
Nie było jak tego wyciąć.
Nie było jak tego zamaskować.
Cała Polska usłyszała.
Ale Teatr Telewizji nie był jedynym źródłem podobnych emocji.
Pamiętam historię z niezwykle popularnego programu dla dzieci „Miś z Okienka”. Program kończył się zawsze tak samo. Miś żegnał się z dziećmi, zamykał okiennice i znikał z ekranu.
Pewnego dnia wszystko przebiegło zgodnie z planem. Miś pożegnał dzieci. Okiennice zostały zamknięte. Program dobiegł końca.
Problem polegał na tym, że mikrofon pozostał włączony.
A aktor, przekonany, że transmisja już się zakończyła, powiedział:
– A teraz, drogie dzieci, pocałujcie wujka w d…
Reszty nie trzeba tłumaczyć.
Także i tym razem usłyszała to cała Polska.
Aktorem występującym w programie był Bronisław Pawlik – znakomity aktor. I on dopiero był mistrzem zapominania tekstu. Miałem okazję przekonać się o tym osobiście podczas realizacji spektaklu „Płaszcz” Mikołaja Gogola (1979).
Takich historii było więcej.
Podczas jednego ze spektakli operator na chwilę skierował kamerę nie tam, gdzie powinien. Widzowie przez kilka sekund oglądali znanego aktora stojącego za dekoracją w samych kalesonach i czekającego na wejście na scenę.
Dla widzów był to zabawny epizod.
Dla aktora – prawdziwy dramat.
Telewizja na żywo wymagała ogromnych umiejętności, koncentracji i odporności na stres. Nie było miejsca na poprawki. Nie było możliwości ukrycia błędu.
Ale miała też coś, czego współczesnej telewizji często brakuje.
Była do bólu prawdziwa.
I właśnie dlatego wpadki, pomyłki i nieprzewidziane sytuacje nie znikały po kilku godzinach w internetowym szumie. Stawały się częścią zawodowych legend. Opowiadano o nich przez lata w garderobach, studiach telewizyjnych i na korytarzach przy Placu Powstańców Warszawy.