BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

Akademia Briefu: Kraj, który zbudował popyt na siebie. Korea Południowa i lekcja dla Polski

Nie buduje się marki kraju po to, aby świat uznał ją za atrakcyjną. Buduje się ją po to, aby świat częściej wybierał jego firmy, produkty, talenty, uczelnie, miasta i idee.

Spis treści
  1. Case studies nie są instrukcjami obsługi
  2. Korea nie promowała siebie. Budowała rynek
  3. Najpierw potrzeba, potem strategia
  4. Polska ma instrumenty. Brakuje partytury
  5. Biznes powinien grać główne skrzypce
  6. Partytura bez dyrygenta nie zagra
  7. Od czego zacząć
  8. Polska nie potrzebuje koreańskiej strategii
  9. Akademia Briefu — źródło inspiracji

Korea Południowa nie jest dla Polski wzorem do skopiowania. Nie powinniśmy próbować tworzyć polskiego K-popu, udawać Seulu ani budować strategii na cudzych symbolach sukcesu.

Właśnie dlatego koreański case jest ważny.

Nie daje gotowej instrukcji. Pozwala natomiast zobaczyć mechanizm: w jaki sposób kraj może przestać być tylko miejscem na mapie, a zacząć tworzyć realny popyt na siebie — na swoje produkty, technologie, kulturę, inwestycje i ludzi.

To różnica zasadnicza.

Kampania promocyjna może sprawić, że odbiorca zauważy kraj. Strategia marki narodowej ma doprowadzić do czegoś znacznie trudniejszego: aby odbiorca zaczął uznawać jego ofertę za bardziej wiarygodną, bliższą, zrozumiałą i wartą wyboru.

Nie chodzi o sympatię dla kraju. Chodzi o decyzje.

Case studies nie są instrukcjami obsługi

W Akademii Briefu przyglądamy się światowym case studies nie po to, żeby powtarzać: „oni zrobili tak, więc my też powinniśmy”.

To najkrótsza droga do błędu.

Każdy kraj ma inną historię, inne zasoby, inne ograniczenia, inną gospodarkę i inne otoczenie geopolityczne. Estonia nie jest Izraelem. Arabia Saudyjska nie jest Koreą Południową. Polska nie jest żadnym z tych państw.

Ale marketing miejsc daje nam narzędzia, dzięki którym można zrozumieć, dlaczego jedni potrafią wykorzystać własne zasoby, a inni pozostają z nimi niewidoczni dla świata.

Philip Kotler powtarzał, że marketingu można nauczyć się w jeden wieczór, ale marketerem staje się całe życie.

Narzędzia są znane. Badania. Segmentacja. Pozycjonowanie. Produkt. Cena. Dystrybucja. Promocja.

Trudność zaczyna się wtedy, gdy trzeba zrozumieć konkretną sytuację: znaleźć potrzebę, którą można zaspokoić, określić odbiorcę, zdefiniować własną przewagę i zbudować strategię, która nie jest zbiorem atrakcyjnych haseł, ale planem działania.

W przypadku kraju pytanie powinno więc brzmieć nie: „co chcemy światu o sobie powiedzieć?”

Najpierw trzeba zapytać: „czego świat potrzebuje i jaką realną wartość Polska może mu zaoferować?”

Dopiero potem można budować komunikację.

Korea nie promowała siebie. Budowała rynek

Punktem wyjścia dla tej analizy jest artykuł Arthura Nguyena i Nil Özçağlar-Toulouse, opublikowany w „Journal of Business Research”. Autorzy opisują branding narodowy nie jako prostą promocję wizerunkową, lecz jako działanie zdolne do kształtowania rynku. Analizują przypadek Korei Południowej i obecności koreańskich produktów w Wietnamie.

To ważne przesunięcie perspektywy.

Promocja kraju koncentruje się zwykle na pytaniu: jak sprawić, by odbiorcy lepiej o nas myśleli?

Kształtowanie rynku pyta: jak sprawić, by kraj, jego firmy, produkty i idee stały się naturalnym elementem decyzji podejmowanych przez odbiorców?

W tej logice kultura nie jest ozdobą gospodarki. Dyplomacja nie jest jedynie ceremoniałem. Handel nie jest tylko zadaniem eksporterów. Inwestycje, turystyka, edukacja, nauka, kultura i biznes wzajemnie budują kontekst, w którym oferta danego kraju staje się bardziej zrozumiała i wiarygodna.

Nie oznacza to, że serial sprzedaje samochód, a piosenka eksportuje elektronikę.

To byłoby zbyt proste.

Dobra kultura nie zastępuje dobrego produktu. Nie zastępuje technologii, jakości, obsługi, ceny, dystrybucji czy reputacji firmy. Może jednak sprawić, że kraj przestaje być obcy. Że jego produkty nie pojawiają się na rynku bez kontekstu, lecz są częścią opowieści, którą odbiorca już zna i rozumie.

Najpierw pojawia się zainteresowanie krajem. Potem jego językiem, stylem życia, kuchnią, designem, twórcami i technologią. Wreszcie — produktami oraz firmami.

Nie jest to automatyczny mechanizm. Jest to jednak przestrzeń, w której gospodarka ma łatwiejszy dostęp do odbiorcy.

Korea pokazuje zatem nie receptę, ale zasadę: kraj może świadomie tworzyć warunki, w których jego obecność kulturowa, gospodarcza i instytucjonalna wzajemnie zwiększają własną siłę.

Najpierw potrzeba, potem strategia

Polska nie potrzebuje kolejnego hasła promocyjnego.

Nie potrzebuje też kolejnego znaku graficznego, który przez chwilę będzie przedmiotem publicznej dyskusji, a potem zniknie w archiwach.

Potrzebuje odpowiedzi na podstawowe pytanie marketingowe: jaką potrzebę konkretnych odbiorców na konkretnych rynkach jesteśmy w stanie zaspokoić lepiej albo inaczej niż inni?

Czy Polska może być postrzegana jako wiarygodny partner technologiczny?

Czy jako kraj kompetencji przemysłowych, elastycznej produkcji i przedsiębiorczości?

Czy jako miejsce dla ambitnych ludzi, uczelni, startupów i inwestycji?

Czy jako kraj jakościowej żywności, designu, gier, kultury, medycyny, energetyki lub nowych rozwiązań dla bezpieczeństwa?

Być może odpowiedź brzmi: tak — w kilku z tych obszarów.

Ale żadna z nich nie może powstać tylko dlatego, że dobrze brzmi w prezentacji.

Musi wynikać z badań, rozmów z rynkami, analizy konkurencji i rzeczywistych doświadczeń odbiorców. Trzeba sprawdzić, co o Polsce wiedzą inwestorzy, partnerzy handlowi, studenci, turyści, media i liderzy opinii. Co ich przyciąga. Co budzi niepewność. Co sprawia, że wybierają inny kraj.

Dopiero wtedy można zbudować strategię.

Nie odwrotnie.

Bo strategia marki kraju nie może być katalogiem wszystkiego, co mamy. Nie może być listą branż, zabytków, sukcesów sportowych, wybitnych Polaków i atrakcji turystycznych.

Strategia musi być wyborem.

Powinna wskazywać, gdzie Polska chce grać najmocniej, jakie rynki uznaje za priorytetowe, jakie grupy odbiorców są dla niej kluczowe i czym ma potwierdzać swoją obietnicę.

Polska ma instrumenty. Brakuje partytury

W Polsce działa wiele instytucji zajmujących się promocją gospodarki, kultury, nauki, turystyki, eksportu, inwestycji i dyplomacji publicznej.

To nie jest problem.

Problem zaczyna się wtedy, gdy każda z nich prowadzi własne działania, własną narrację i własny kalendarz, ale nie ma wspólnej mapy rynku.

Z perspektywy zagranicznego odbiorcy nie istnieją resorty, kompetencje administracyjne ani podziały budżetowe.

On widzi Polskę — albo jej nie widzi.

Wally Olins podkreślał, że nie zmienia się postrzegania kraju samą reklamą. Trzeba znaleźć prawdę o nim, zbudować wokół niej ideę i konsekwentnie przeprowadzić ją przez wszystkie działania.

To właśnie jest partytura.

Nie zestaw sloganów. Nie księga znaku. Nie kampania emitowana przez kilka tygodni.

Partytura to wspólna odpowiedź na pytania: czym jest Polska, dla kogo chce być ważna, co może zaoferować i jak każda instytucja ma tę obietnicę potwierdzać własnym działaniem.

Kultura może budować emocję i zainteresowanie.

Nauka może budować poważanie.

Turystyka może zamieniać ciekawość w osobiste doświadczenie.

Biznes może dostarczać dowodu, że obietnica kraju ma pokrycie w rzeczywistości.

Dyplomacja może otwierać drzwi, których firma nie otworzy sama.

Ale wszystkie te elementy muszą wiedzieć, jaką część większej całości realizują.

Biznes powinien grać główne skrzypce

W dobrze zbudowanej strategii marki kraju biznes nie może być jedynie uczestnikiem konsultacji.

Powinien grać główne skrzypce.

To firmy tworzą produkty, technologie, miejsca pracy, eksport, doświadczenia klientów i realne dowody kompetencji. To one najskuteczniej pokazują, że marka kraju nie jest propagandą ani państwową narracją.

Państwo nie powinno próbować zastępować przedsiębiorców. Nie powinno udawać producenta kultury, innowatora czy właściciela sukcesu.

Jego zadaniem jest coś innego.

Ma zdefiniować kierunek. Ułatwiać dostęp do rynków. Budować relacje. Chronić interesy gospodarcze. Wspierać eksport. Wzmacniać obecność polskiej nauki, kultury i biznesu tam, gdzie może to przynieść długofalowy efekt.

Eksperci są potrzebni po to, aby pisać partyturę: prowadzić badania, analizować rynki, weryfikować pozycjonowanie, mierzyć rezultaty i oddzielać fakty od życzeniowego myślenia.

Samorządy powinny pokazywać różnorodność Polski oraz budować konkretne doświadczenia miejsc.

Kultura, sport, nauka i organizacje społeczne powinny tworzyć emocję, uwagę oraz zaufanie.

Ale ktoś musi prowadzić całą orkiestrę.

Partytura bez dyrygenta nie zagra

To jest zasadniczy problem brandingu narodowego.

W przypadku pojedynczej marki, choćby Coca-Coli, odpowiedzialność jest jasna. Jest właściciel marki, zarząd, budżet, strategia i system podejmowania decyzji.

Marka kraju działa inaczej.

Tworzą ją setki podmiotów: przedsiębiorcy, regiony, miasta, instytucje kultury, uczelnie, ambasady, organizacje branżowe, media, twórcy i sami obywatele.

Tym bardziej potrzebny jest ośrodek, który nie będzie wszystkiego robił sam, ale będzie miał mandat, aby ustalić wspólny kierunek, priorytety rynkowe, zasady współpracy i sposób mierzenia efektów.

To nie jest nowy problem. W raportach dotyczących promocji Polski Najwyższa Izba Kontroli wskazywała na rozproszenie działań, brak skutecznego mechanizmu programowania strategii na szczeblu rządowym oraz słabą koordynację między instytucjami.

To nie jest argument za tworzeniem kolejnej instytucji od logo i spotów.

To argument za stworzeniem realnego centrum koordynacji.

Inicjatorem takiego projektu powinna być Rada Ministrów, a jego polityczne umocowanie powinno znajdować się przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Nie dlatego, że KPRM ma tworzyć markę Polski.

Ale dlatego, że tylko na tym poziomie można połączyć gospodarkę, politykę zagraniczną, kulturę, naukę, edukację, turystykę i rozwój regionalny w jeden długofalowy projekt.

Potrzebny jest dyrygent, nie kolejny solista.

Od czego zacząć

Pierwszym krokiem nie powinno być stworzenie kampanii.

Powinno nim być wskazanie kilku rynków priorytetowych i zbadanie ich potrzeb. Nie „świata” jako abstrakcji, ale konkretnych krajów, sektorów, odbiorców i partnerów.

Drugim krokiem powinno być zdefiniowanie obietnicy Polski wobec tych rynków. Nie jednej, identycznej dla wszystkich, ale spójnej w sensie strategicznym.

Trzecim — zbudowanie wokół tej obietnicy zespołu: firm, instytucji publicznych, ekspertów, uczelni, miast, twórców i organizacji branżowych.

Czwartym — określenie mierników sukcesu.

Nie liczby wydarzeń, publikacji, konferencji, spotów czy logotypów.

Mierzyć trzeba zmianę realnych decyzji: zainteresowanie inwestorów, wzrost eksportu, liczbę partnerstw, wybory studentów, obecność polskich firm w kluczowych sektorach, ruch turystyczny, liczbę projektów naukowych, relacje handlowe i zmianę reputacji na konkretnych rynkach.

Dopiero wtedy marka Polski będzie przestawała być przedmiotem dyskusji o komunikacji.

Zacznie być elementem polityki rozwojowej.

Polska nie potrzebuje koreańskiej strategii

Korea Południowa nie mówi Polsce: „róbcie to samo”.

Mówi coś ważniejszego.

Nie traktujcie marki kraju jako dodatku do polityki gospodarczej.

Nie oddzielajcie kultury od eksportu, nauki od reputacji, dyplomacji od biznesu, turystyki od inwestycji.

Nie zaczynajcie od pytania, jak się wypromować.

Zacznijcie od pytania, jaką wartość chcecie wnieść do świata.

Dopiero potem można stworzyć strategię. Potem zgromadzić wokół niej ludzi i instytucje. Potem napisać partyturę.

A na końcu — koniecznie — wskazać dyrygenta.

Bo marka kraju nie powstaje wtedy, gdy państwo zaczyna o sobie mówić.

Powstaje wtedy, gdy świat zaczyna częściej wybierać jego firmy, produkty, ludzi i idee.


Akademia Briefu — źródło inspiracji

Arthur Nguyen, Nil Özçağlar-Toulouse, „Nation branding as a market-shaping strategy: A study on South Korean products in Vietnam”, Journal of Business Research, vol. 122, 2021, s. 131–144.

Link do tekstu źródłowego