Artysta to nie jogurt. Ale bez marketingu nie wygra
Rozmowa z Justyną Steczkowską i kolejny głos w sprawie miejsca marketingu
W archiwalnym wywiadzie – sprzed prawie 20 lat – z Justyną Steczkowską padło słowo, którego polscy artyści boją się do dziś: produkt.
To słowo w świecie sztuki brzmi jak obelga. A przecież – niezależnie od tego, czy mówimy o jogurcie, artyście, czy akcji społecznej – marketing pozostaje narzędziem budowania siły. I o tym właśnie jest ta rozmowa.
To nie jest rozmowa tylko o show-biznesie
Od miesięcy prowadzę debatę o tym, czym naprawdę jest marketing w firmie.
Czy to tylko komunikacja?
Czy tylko generowanie leadów?
Czy może jednak fundament budowania oferty, strategii i wartości?
Rozmowa z Justyną Steczkowską jest w gruncie rzeczy częścią tej samej dyskusji.
Bo jeśli marketing jest narzędziem budowania siły produktu –
to pytanie brzmi: czy artysta może być produktem?
I tu zaczyna się emocja.
Dlaczego artyści boją się słowa „produkt”
Produkt to w naszej świadomości coś seryjnego. Coś powtarzalnego. Coś, co się sprzedaje.
Jogurt. Rajstopy. Mebel.
Artysta – według romantycznej wizji – ma być ponad rynkiem.
Tworzyć z potrzeby serca.
Nie kalkulować.
W rozmowie z Justyną Steczkowską wyraźnie wybrzmiewa napięcie wokół tego słowa. Ale wybrzmiewa też dojrzałość.
Talent jest darem – mówi.
Tego nie można się nauczyć. Tego nie można kupić.
I to prawda.
Ale równie prawdziwe jest to, że bez marketingu – bez świadomej strategii – nawet największy dar może zostać niezauważony.
Marketing to nie manipulacja
Największy problem polega na tym, że marketing w Polsce przez lata kojarzony był z manipulacją.
Z „wciskaniem”.
Z nachalną sprzedażą.
Z brakiem autentyczności.
Dlatego artyści nie chcieli go przyjąć do swojej świadomości jako zestawu narzędzi.
A przecież marketing – w swojej istocie – to:
– umiejętność zdefiniowania tożsamości,
– konsekwentne budowanie wizerunku,
– tworzenie relacji z odbiorcą,
– zarządzanie reputacją i zasięgiem.
To nie jest cynizm.
To jest kompetencja.
Artysta, jogurt i akcja społeczna
W moich tekstach powtarzam jedno:
marketing jest narzędziem budowania siły produktu.
I nie ma znaczenia, czy tym produktem jest:
– jogurt,
– artysta,
– czy akcja społeczna.
Jeżeli ktoś uważa, że marketing nie powinien dotykać sztuki ani działań charytatywnych – warto przypomnieć rozmowę, którą przeprowadziłem z Jerzym Owsiakiem.
Wywiad zatytułowany: „Marketing nie kloci się z charytatywnością”.
Bo nie kłóci się.
Marketing nie niszczy charytatywności.
Tak samo jak nie niszczy sztuki.
On ją wzmacnia – jeśli jest użyty uczciwie i świadomie.
Reklama nie jest zdradą
W rozmowie z Justyną Steczkowską wraca temat reklam i środowiskowych oskarżeń o „sprzedanie się”.
Dziś wiemy jedno:
silna marka osobista amortyzuje komercję.
Jeżeli artysta ma spójny wizerunek, jasno zdefiniowaną tożsamość i kapitał reputacji – reklama go nie niszczy.
Może wręcz budować jego siłę.
Problem zaczyna się nie wtedy, gdy pojawia się marketing.
Problem zaczyna się wtedy, gdy marketing próbuje zastąpić talent.
To jest ten sam spór
Debata o miejscu marketingu w firmie i debata o marketingu w sztuce to ten sam spór.
Czy marketing jest dodatkiem?
Czy jest tylko działem komunikacji?
Czy jest fundamentem strategii?
Jeżeli marketing jest strategią budowania wartości –
to dotyczy wszystkiego.
Dotyczy marek komercyjnych.
Dotyczy artystów.
Dotyczy organizacji społecznych.
Nie dlatego, że wszystko jest „towarem”.
Ale dlatego, że wszystko funkcjonuje w przestrzeni uwagi, reputacji i wyboru.
Marketing nie musi być wrogiem
Ten wywiad z Justyną Steczkowską jest ważny, bo pokazuje coś bardzo prostego:
Można być wybitną artystką.
Można mieć dar.
I jednocześnie rozumieć marketing jako narzędzie.
Nie jako manipulację.
Nie jako zagrożenie.
Ale jako element strategii.
I może najwyższy czas przestać traktować marketing jak intruza –
w firmie,
w kulturze,
w działaniach społecznych.
Bo bez strategii nawet najlepszy dar może pozostać niezauważony.
A rozmowę z Jurkiem Owsiakiem, która pokazuje tę samą prawdę z innej perspektywy, przypomnę już wkrótce.