Wzrost gospodarczy? Błędny cel

293

Nasza planeta zmaga się ze wzrostem gospodarczym na świecie przez panującą pandemię. Mimo tego część ludzi stara się z tym walczyć, natomiast inni nie robą z tego większego problemu. Sukces człowieka jest odbierany pozytywnie, jednak kryje za sobą wiele problemów globalnych, z którymi trzeba walczyć bez przerwy.


Co to jest wzrost gospodarczy?

Gdy słyszę polityków, których pandemicznym wnioskiem jest powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego, to ogarnia mnie przerażenie przeplatane z rozpaczą. Politycy od Ameryki po Azję, od południa do północy, czy to z ugrupowań niebieskich, czerwonych czy z brunatnych, wszyscy oni chcą wrócić do tego, co było. Jak najszybciej. Czasem metodą ma być drukowanie pieniędzy, czasem chcą podnosić podatki, czasem je zdejmować, obniżać oprocentowanie i tak dalej. Cel jest jednak jeden – wrócić do tej samej wydeptanej ścieżki. Ścieżki wzrostu gospodarczego. Naszej ścieżki do najbliższej krawędzi przepaści.

Tu, nad Wisłą, nie jesteśmy szczególnie różni od reszty świata, nie jesteśmy na pewno mesjaszem narodów (a szkoda) i wpisujemy się w trend dążenia ogólnoświatowych społeczeństw do większego komfortu, do zwiększenia stanu posiadania, do podróżowania. A ma to niestety wielowymiarowe skutki uboczne. Rosnąca produkcja przemysłowa, powiększające się tereny zabudowane, rolnicze i hodowlane, wyczerpywanie zasobów, rozbudowa sieci przesyłowych, komunikacyjnych i transportowych, natężająca się emisja gazów cieplarnianych, smogu i zanieczyszczeń… Można by wyliczać dłużej.

To wszystko jest ciemną stroną wszelakiego wzrostu, który spinany w jedną liczbę i opatrzony procentem, chlubnie nazywamy WZROSTEM GOSPODARCZYM.

Więcej nie znaczy lepiej

Ci, u których jest on większy, chełpią się, zupełnie tak jakby wszystko, co większe było lepsze. Ale co to jest wzrost gospodarczy? Czy będziemy cieszyć się wzrostem gospodarczym o dwa procenty w 2021 roku? Hmmm, ale czy nie bardziej ucieszymy się takim czteroprocentowym?

Ucieszymy się? Ale co to będzie oznaczać? Że do tej masy smrodzących aut dojdzie kolejne 4%, że na cuchnące i przeładowane wysypiska trafi o 4% więcej śmieci, wraz z dumnie zastępowanym przez nowy sprzętem AGD. My uszczęśliwieni wzrostem gospodarczym i większymi zarobkami zjemy o 4% więcej produktów z konserwantami, wypijemy 4% więcej alkoholu i barwionych soków. A problemy z nadwagą, cholesterolem i nadciśnieniem rozwiążemy kupując 4% więcej leków i suplementów.

Miasta już dziś są zabetonowane, kraj poszatkowany asfaltem, trakcjami i szynami. Za rok będzie tego jednak o 4% więcej. Jednocześnie kupimy 4% więcej ubrań, które przyczynią się do degradacji środowiska w miejscach tak odległych, że ich nazwy wyszyte na metkach w rubryczce „kraj produkcji” nic nie powiedzą ludziom pochłoniętym shoppingiem w galeriach handlowych lub ich odpowiednikach online.

Fantastycznie. Tak może być i zapewne będzie. Ale czy naprawdę mamy to traktować jako nasz cel? Narodowy cel? Ten właśnie wzrost gospodarczy naszym narodowym celem?

Człowiek a sukces

W sumie jeśli ten cel byłby tylko nasz, unikatowy, a gdzieś indziej ludzie mieliby inne cele, to jeszcze nie byłoby globalnego dramatu. Ale niestety cały świat działa jak ociemniały, licytując się na większy rozwój gospodarczy. Jasne, że w tej jednej liczbie w różnych krajach są różne składowe. Ci, co produkują eko i ci, co smrodzą, mają te same statystyczne parametry. Lecz czy ci, którzy chcą być bardziej eko też muszą się ścigać, kto więcej?

Można odnieść wrażenie, że my, ludzie w swej masie, naprawdę wierzymy, że w ujęciu globalnym, można tak żyć w nieskończoność. Zwiększać konsumpcję, liczbę śmieci, zanieczyszczeń, degradację środowiska, tracić bioróżnorodność i wpływać negatywnie na zjawiska klimatyczne.

Pandemia w swoim dramatyzmie była pulsującym światłem ostrzegawczym. Była gwałtownie zaciągniętym hamulcem ręcznym dla całego świata. Stanęły gospodarki, ludzie musieli zatrzymać się i pomyśleć. Z wielu stron było słychać bardzo mądre głosy refleksji. Z biegiem czasu jednak niknęły w natłoku spraw wracających do starego biegu. Czemu na końcu wygrała chciwość i chęć utrzymania status quo?

Są teorie spiskowe, że ponoć ogólnoświatowe tajne organizacje mają swoje sekretne powody do destrukcji cywilizacji dla własnego zysku. Wytłumaczenie jest chyba jednak prostsze. Spójrzmy na siebie. My, ludzie związani z biznesem, czy to tu nad Wisłą, czy to nad Renem czy Tamizą, sami się nakręcamy. Na co dzień. Przez lata. Tworzymy ambitne plany sprzedażowe, wzrosty inwestycji, kamienie milowe, strategie i tak dalej. Zastanówmy się. Przecież nikt nas nie zmusza, abyśmy w przyszłym roku sprzedali więcej. Aby firma się „rozwijała”. Sami tego chcemy! Po co? Zatrudniamy więcej ludzi, mamy więcej klientów i więcej problemów. W imię czego? Pieniędzy? Aby kupić większe auto? Wyjechać dalej na wakacje? Odłożyć pieniądze na opiekę medyczną na emeryturze, bo przecież stres, zła dieta i zanieczyszczenia nas wykończą?

To nie tajne spiski tworzą szkoły wyższe, których system kształcenia ma wypuścić świetnie przygotowane kadry sprzedażowe i rzesze marketingowców. To one będą uzmysławiać klientom ich nieuświadomione potrzeby, budować ich lojalność i wzbudzać pozytywne emocje… Każdy, kto prowadzi biznes, tyle razy to słyszał… Bla, bla, bla – uzależnić ludzi, sprzedać to, bez czego byli do tej pory szczęśliwi. Albo i nieszczęśliwi, ale akurat większy stan posiadania w gruncie rzeczy i tak tego poczucia trwale nie zmieni. No i mamy: większa sprzedaż = większy wzrost = większe problemy = bliższy koniec.

Gdybyśmy żyli na planecie, która byłaby pięć razy większa, to można by taki styl życia potraktować z dystansem: jeśli ktoś to lubi, proszę bardzo. Tolerancja i wolność wyboru. Ale niestety nasza planeta jest za mała dla niemal ośmiu miliardów ludzi chcących żyć jak na amerykańskich filmach. Mogłaby być w sam raz, gdyby wszyscy chcieli ograniczyć swoje potrzeby. W szczególności ci, co dziś konsumują najwięcej. I tu jest wyraźna niesprawiedliwość, bo niestety ci, co konsumują dużo, mają wielce negatywny wpływ na tych, co konsumują mało. Trochę jak z palaczem, który pali przy niepalącym. Tak jak ten, co stoi na czerwonych światłach suvem z silnikiem czterolitrowym przy drugim, co się zatrzymał rowerem. Jeden nosi t-shirt na czystej plaży, drugi w zasmrodzonej sutenerze go produkuje. Ale kwestia dysproporcji na świecie to już nieco inny temat.

Wracając do wzrostu gospodarczego. Co w takim razie zamiast niego? No cóż, nadeszła najwyższa pora, aby nie mierzyć krajowego dostatku cyfrą powszechnie nazywaną wzrostem gospodarczym. A jeśli już będziemy jej używać, to pamiętajmy, co za tym stoi. Im bardziej zielony kolor ta cyfra będzie miała dla ekonomistów, tym wyraźniej będzie palić się czerwona lampka dla naszej planety.

Najwyższa pora odwrócić te kolory!

.tb_button {padding:1px;cursor:pointer;border-right: 1px solid #8b8b8b;border-left: 1px solid #FFF;border-bottom: 1px solid #fff;}.tb_button.hover {borer:2px outset #def; background-color: #f8f8f8 !important;}.ws_toolbar {z-index:100000} .ws_toolbar .ws_tb_btn {cursor:pointer;border:1px solid #555;padding:3px} .tb_highlight{background-color:yellow} .tb_hide {visibility:hidden} .ws_toolbar img {padding:2px;margin:0px}

 


Komentarze
Ładowanie...

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. AkceptujęDowiedz się więcej