BRIEF dociera do polskich firm i ich pracowników – do wszystkich tych, którzy poszukują inspiracji w biznesie i oczekują informacji o ludziach, trendach i ideach.

Skontaktuj się z nami

Na każdego coś mam

Krzysztof Rudziński. Człowiek, który pomógł mi wejść w świat teatru

Jest niewiele starszy ode mnie, ale kiedy zaczynałem pracę w Teatrze Telewizji, stał się dla mnie przewodnikiem, mentorem, a z czasem przyjacielem. Krzysztof Rudziński pomógł mi odnaleźć się w świecie teatru i telewizji, później zaprosił mnie do Teatru Powszechnego, a jego obecność w moim życiu zawodowym połączyła dwa najważniejsze etapy, które poprzedziły moje wejście do reklamy.

Krzysztof Rudziński jest niewiele starszy ode mnie. A jednak kiedy zaczynałem pracę w Teatrze Telewizji, wydawało mi się, że dzieli nas znacznie więcej niż kilka lat. On już wiedział, jak ten świat działa. Ja dopiero próbowałem się w nim odnaleźć.

Przyjechałem z małej miejscowości na Podlasiu i nagle znalazłem się w środowisku największych nazwisk polskiego teatru, filmu i telewizji. Reżyserzy, aktorzy, scenografowie, operatorzy, ludzie, których wcześniej znałem z ekranu albo afisza, stawali się moimi współpracownikami.

I właśnie wtedy spotkałem Krzysztofa.

Nie używam często słowa „mentor”, bo jest dziś mocno nadużywane. Ale w jego przypadku chyba naprawdę pasuje. Był dla mnie starszym kolegą, przewodnikiem, człowiekiem, który w pierwszych latach mojej pracy bardzo mi pomagał. Podpowiadał, tłumaczył, czasem pewnie ratował przed błędami, których ja jeszcze nawet nie potrafiłem przewidzieć.

Z czasem przestaliśmy być tylko kolegami z pracy.

Połączyło nas coś, co nazwałbym przyjaźnią.

Jest jedno wspomnienie, które dobrze pokazuje, jak bliska była to relacja. Wiosną 1980 roku dostałem wezwanie do wojska. Miałem stawić się bardzo wcześnie rano w jednostce wojskowej w Białobrzegach pod Warszawą. Nie miałem wtedy samochodu.

Krzysztof wstał o świcie, przyjechał po mnie i zawiózł mnie do jednostki.

Dzisiaj może brzmieć to jak drobiazg. Dla mnie nim nie było. Nie był do tego w żaden sposób zobowiązany. Po prostu uznał, że skoro mam stawić się rano w wojsku i nie mam czym tam dojechać, to mnie zawiezie.

Tak zachowują się nie tylko koledzy z pracy.

Przez długi czas mieliśmy też zwyczaj spotykania się mniej więcej raz w miesiącu na kolacji u Krzysztofa i jego żony, Zofii Glazer-Rudzińskiej. Te spotkania pamiętam do dziś.

Zofia była znakomitą artystką — malarką, graficzką, rysowniczką, profesorką warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ale dla mnie wtedy najważniejsze było coś innego. Przy ich stole czułem, że coraz bardziej oswajam świat, do którego dopiero co wszedłem.

Rozmowy o teatrze, sztuce, książkach, ludziach i wydarzeniach dawały mi coś, czego nie można nauczyć się w żadnej szkole. Pewność siebie. Poczucie, że mam prawo być w tym środowisku. Że nie muszę już tylko patrzeć na nie z zewnątrz.

W Teatrze Telewizji przepracowałem kilkanaście lat. Jako kierownik produkcji uczestniczyłem w realizacji około stu przedstawień — w studiach telewizyjnych, plenerach i naturalnych wnętrzach. Miałem ogromne szczęście pracować z takimi reżyserami jak Krzysztof Kieślowski, Andrzej Wajda czy Agnieszka Holland.

Z Krzysztofem Rudzińskim spotkaliśmy się także bezpośrednio przy produkcji.

W 1980 roku razem byliśmy kierownikami produkcji „Procesu” Franza Kafki w reżyserii Agnieszki Holland i Laco Adamika. Józefa K. grał Roman Wilhelmi, a obok niego występowali między innymi Zbigniew Zapasiewicz, Piotr Fronczewski, Olgierd Łukaszewicz czy Adam Ferency.

Po latach „Proces” został zaliczony do kanonu najważniejszych przedstawień w historii Teatru Telewizji.

Wtedy jednak nie myśleliśmy o kanonie. Robiliśmy po prostu przedstawienie.

Później nasze drogi zawodowe na pewien czas się rozeszły.

Krzysztof przeszedł do Teatru Powszechnego. Zygmunt Hübner, jedna z największych postaci polskiego teatru, zaprosił go do współpracy jako swojego zastępcę.

Po śmierci Hübnera w 1989 roku Krzysztof przejął odpowiedzialność za teatr jako dyrektor naczelny. Dyrektorem artystycznym został Andrzej Wajda. Po nim funkcję tę objął Maciej Wojtyszko, a od 1991 roku Krzysztof Rudziński połączył obie role — dyrektora naczelnego i artystycznego.

Ja w tym czasie wyjechałem na pół roku do Stanów Zjednoczonych.

Po powrocie byłem właściwie zdecydowany wrócić do Teatru Telewizji. To był mój świat. Znałem ten zawód, znałem ludzi, wiedziałem, jak funkcjonuje produkcja.

I wtedy Krzysztof zaproponował mi, żebym został jego zastępcą w Teatrze Powszechnym.

Przyjąłem.

To były niezwykle intensywne lata.

Powszechny był wtedy miejscem szczególnym. Wciąż bardzo mocno obecna była tradycja Hübnera, a jednocześnie teatr musiał odnaleźć się w nowej Polsce. Zmieniał się system polityczny, gospodarczy i społeczny. Zmieniał się sposób funkcjonowania instytucji kultury. Zmieniała się publiczność.

Pracowaliśmy w teatrze, którego dyrektorem artystycznym był Andrzej Wajda, później Maciej Wojtyszko. Były wielkie premiery. Była Krystyna Janda, Piotr Machalica, Joanna Szczepkowska, Janusz Gajos, Zbigniew Zapasiewicz i wielu innych wybitnych aktorów.

Była też wizyta Václava Havla — człowieka, którego dramaty jeszcze chwilę wcześniej funkcjonowały w Polsce w zupełnie innych warunkach politycznych.

I były koncerty jazzowe.

To była tradycja sięgająca jeszcze czasów Hübnera. Raz w miesiącu, w poniedziałki, kiedy teatry zwykle nie grały, Powszechny wypełniał się jazzem.

Dla mnie ten wątek jest szczególnie ważny, bo właśnie tam po raz kolejny zetknęły się dwa światy: kultura i coś, co dziś nazwalibyśmy bardzo świadomym budowaniem relacji z publicznością.

W Teatrze Telewizji nauczyłem się produkcji. W Powszechnym zobaczyłem całą instytucję: repertuar, zespół, publiczność, promocję, budżet, odpowiedzialność dyrekcji.

I wtedy, w 1991 roku, wydarzyło się coś, co z dzisiejszej perspektywy wygląda jak kolejny logiczny krok, choć wtedy wcale taki nie był.

Odszedłem z teatru i rozpocząłem pracę w reklamie.

Od pierwszego dnia działalności Publicis FCB w Polsce zostałem dyrektorem działu mediów.

Dla wielu ludzi mogło to wyglądać jak całkowita zmiana zawodu.

Dla mnie dziś wygląda inaczej.

Nie zaczynałem od zera.

Do reklamy zabrałem ze sobą wszystko, czego nauczyłem się wcześniej. Produkcję. Organizację. Odpowiedzialność. Pracę z ludźmi o ogromnych osobowościach. Umiejętność przekładania pomysłu na konkretny efekt. Świadomość, że można mieć najlepszą ideę na świecie, ale jeśli nie potrafi się jej zrealizować i dotrzeć z nią do odbiorcy, pozostanie tylko ideą.

Teatr Telewizji nauczył mnie realizacji.

Teatr Powszechny nauczył mnie instytucji i publiczności.

Reklama nauczyła mnie rynku.

A gdzieś na początku tej drogi był Krzysztof Rudziński.

Człowiek niewiele starszy ode mnie, który wtedy wydawał mi się dużo bardziej doświadczony.

Kolega.

Mentor.

Potem przyjaciel.

Człowiek, który najpierw pomógł mi odnaleźć się w Teatrze Telewizji, później o świcie zawiózł mnie do jednostki wojskowej w Białobrzegach, a wiele lat później otworzył przede mną kolejne drzwi — tym razem do Teatru Powszechnego.

Kiedy dziś próbuję odtworzyć własną drogę zawodową, widzę wyraźnie, jak wiele zawdzięczam ludziom, których spotkałem.

Krzysztof Rudziński jest jednym z najważniejszych z nich.

Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.

Obserwuj w Google