Na każdego coś mam
Wojciech Mann
Dla wielu osób: legenda radia, telewizji, muzyki i inteligentnego poczucia humoru. Przez dekady jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów Programu Trzeciego Polskiego Radia. Dziennikarz, satyryk, autor, prowadzący, człowiek, którego nie da się pomylić z nikim innym.
Dla młodszych czytelników, osiemnasto- czy dziewiętnastoletnich, którzy mogą już nie mieć osobistej pamięci tamtej Trójki, programów telewizyjnych z Krzysztofem Materną, „Szansy na sukces” czy tego szczególnego stylu rozmowy, który nie był ani celebrycki, ani nachalny, trzeba to powiedzieć prosto: Wojciech Mann przez lata współtworzył polski język mediów.
Ale dla mnie Wojtek Mann jest ważny jeszcze z innego powodu.
Bo w pewnym sensie to on i Krzysztof Materna wprowadzili mnie do zawodu, który później na wiele lat stał się moim światem: do reklamy, marketingu i mediów.
A było to tak.
Po dwunastu latach pracy w Teatrze Telewizji, gdzie zrobiłem ponad sto przedstawień teatralnych, po krótkim pobycie w Nowym Jorku i po powrocie do Polski, mój bardzo dobry kolega z Teatru Telewizji, Krzysztof Rudziński, zaprosił mnie do współpracy. Został dyrektorem generalnym Teatru Powszechnego w Warszawie i zaproponował, żebym został jego zastępcą.
Tak oto przez dwa lata pełniłem funkcję zastępcy dyrektora generalnego Teatru Powszechnego.
W tamtym czasie w poniedziałki, czyli w dniu, w którym teatr nie grał spektakli, odbywały się tam nadzwyczajne koncerty jazzowe. To była jeszcze tradycja Zygmunta Hübnera. Koncerty były bezpłatne, z udziałem znakomitych polskich muzyków jazzowych.
Menedżerem tych koncertów był Waldek Duszyński.
I któregoś wieczoru, po jednym z takich koncertów, Waldek zapytał mnie w luźnej rozmowie:
— Po co ty właściwie siedzisz w tym teatrze?
Miał na myśli moje doświadczenie z Teatru Telewizji. Powiedział mniej więcej tak: po tylu latach pracy w produkcji, w telewizji, w medium, w terminach, w tempie i w tej całej organizacyjnej adrenalinie, pewnie nudzę się w teatrze stacjonarnym. A oni właśnie zakładają agencję reklamową.
Agencja reklamowa.
Wtedy to pojęcie nie kojarzyło mi się jeszcze prawie z niczym.
A właściwie kojarzyło mi się z jedną rzeczą: z książką Elii Kazana „Układ”, którą czytałem w czwartej klasie maturalnej. Prawdę mówiąc, zapamiętałem z niej przede wszystkim liczne, rozbudowane fragmenty erotyczne. Ale zapamiętałem też, że rzecz dzieje się w świecie reklamy.
Tyle mniej więcej wiedziałem wtedy o reklamie.
Waldek powiedział, że umówi mnie z Mannem i Materną.
I tak pewnego dnia, wiosną 1991 roku, wszedłem do ich gabinetu na Senatorskiej. Wojciech Mann siedział w fotelu. Krzysztof Materna podniósł się, spojrzał na mnie, wyciągnął rękę i powiedział:
— Wydaje mi się, że ja cię skądś znam.
Odpowiedziałem, że przez dwanaście lat przemieszczaliśmy się tymi samymi korytarzami w Telewizji Polskiej przy Woronicza. Tyle że nigdy wcześniej nie zamieniliśmy ze sobą słowa.
Jak się okazało, to była wystarczająca rekomendacja.
Moje doświadczenie z Teatru Telewizji, czyli z telewizji, produkcji, terminów, organizacji i mediów, wystarczyło. Z dnia na dzień zostałem dyrektorem działu mediów w polskim oddziale jednej z największych sieci reklamowych na świecie: Publicis połączonym wtedy z amerykańską agencją FCB.
Tak zaczęła się moja przygoda z reklamą.
Wojtek Mann był i jest osobą niesłychanie inspirującą. Spokojny, życzliwy, rozważny. Dobry człowiek. Bez demonstracyjnego mentorstwa, bez pozy, bez potrzeby dominowania nad otoczeniem.
Uwielbiałem z nim pracować szczególnie podczas większych spotkań agencji, kiedy przy jednym stole siadali ludzie z mediów, kreacji, strategii i produkcji. Wtedy najlepiej było widać jego szczególny talent: umiejętność powiedzenia czegoś tak prostego, że przez chwilę wydawało się żartem, a po chwili okazywało się najcelniejszym rozwiązaniem.
Pamiętam jedno takie spotkanie.
Pracowaliśmy nad komunikacją dla marki Raid, preparatu przeciw owadom, jednego z produktów naszego bardzo ważnego klienta — S.C. Johnson. Rozmawialiśmy o strategii, haśle, języku reklamy. Wszyscy szukali czegoś odpowiedniego, skutecznego, reklamowego.
W pewnym momencie Wojtek powiedział cicho i spokojnie:
— Raid zabija owady na śmierć.
Ktoś spojrzał na niego z lekkim powątpiewaniem i powiedział:
— No tak, ale chodzi o hasło. Jakie proponujesz hasło?
Wojtek powtórzył:
— Raid. Zabija owady. Na śmierć.
I to jest właśnie cały Mann.
Lekkość. Skrót. Absurd, który nie jest absurdem. Zdanie, które brzmi jak żart, ale pracuje jak precyzyjny mechanizm. Niby za dużo, niby pleonazm, niby dziecinne dopowiedzenie, a jednocześnie coś, co natychmiast zostaje w głowie.
Po latach zrozumiałem, że w tym jednym zdaniu było bardzo dużo z Wojciecha Manna.
Nie potrzeba ozdobników, kiedy ma się myśl.
Nie trzeba krzyczeć, kiedy zdanie jest trafione.
Nie trzeba udawać mądrego, kiedy można być inteligentnym.
Mam jeszcze jedno wspomnienie z Wojtkiem. Już nie z sali konferencyjnej, ale z Wrocławia. Smutna okazja: pogrzeb jednego z naszych kolegów ze świata agencji reklamowych. Potem stypa. Radiowcy, ludzie kabaretu, rozmowy przy stole.
Przez moment siedziałem obok Wojtka.
I proszę sobie wyobrazić emocje człowieka z Suchowoli na Podlasiu, który przez lata słyszał ten głos w Programie Trzecim Polskiego Radia, a teraz siedzi obok jego właściciela i pije z nim drinka.
To nie było zwykłe spotkanie ze znaną osobą.
Dla mnie Wojciech Mann był głosem radia. Nie jednej audycji. Nie jednego programu. Radia jako świata. Świata muzyki, ironii, dystansu, inteligencji, wolności i języka, który potrafił być jednocześnie lekki i precyzyjny.
Pamiętam, że w końcu powiedziałem:
— Wojtku, dla mnie jesteś i zawsze będziesz głosem całego radia.
Może dziś powiedziałbym to inaczej. Może bardziej elegancko. Może mniej patetycznie.
Ale wtedy dokładnie tak to czułem.
I chyba z podobną emocją pamiętam inną scenę. Wojtek zapytał mnie kiedyś, jakiej muzyki słucham. Chciałem się oczywiście popisać, więc zacząłem wymieniać zespoły, które znałem i których rzeczywiście słuchałem: Rolling Stones i podobne oczywistości człowieka, który bardzo chce wypaść wiarygodnie.
Wojtek wysłuchał, chwilę popatrzył i powiedział:
— Aha, Grzesiu. Czyli jeśli chodzi o muzykę, to ty wiesz, kiedy grają, a kiedy nie grają.
Nie było w tym okrucieństwa. Była celność. I ta jego cudowna umiejętność rozbrajania rzeczywistości jednym zdaniem.
Niedawno, po latach, spotkaliśmy się ponownie. Tym razem po to, żeby nagrać rozmowę do mojej książki o historii reklamy i marketingu w Polsce.
Chciałem wrócić do tamtych czasów: MM Communications, Krzysztofa Materny, Publicis, pierwszych lat polskiej reklamy, momentu, kiedy wszystko dopiero się tworzyło, a ludzie uczyli się nowego zawodu często z dnia na dzień.
Ale rozmowa, jak to z dobrymi rozmowami bywa, poszła w inną stronę.
Zaczęliśmy mówić o współczesnej reklamie, mediach, kliknięciach, algorytmach, sztucznej inteligencji, wiarygodności i o tym, czy w dzisiejszym świecie można jeszcze wierzyć w miejsca, które naprawdę pomagają człowiekowi odróżnić prawdę od hałasu.
W pewnym momencie Wojtek powiedział do mnie:
— Bo wydaje mi się, Grzegorz, że jesteś takim naiwnym chłopczykiem, który jeszcze wierzy w ideały.
I może ma rację.
Może rzeczywiście nadal jestem trochę tym chłopakiem z Podlasia, który siedzi obok Wojciecha Manna i próbuje mu powiedzieć, że był dla niego głosem całego radia.
Może nadal wierzę, że słowa mają znaczenie.
Że reklama może być mądra.
Że media nie muszą być tylko maszynką do klikania.
Że w świecie algorytmów, interesów i wpływów wciąż warto szukać ludzi, którzy mówią własnym głosem.
I że warto odróżniać głos od hałasu.
Na każdego coś mam.
Czytasz nas regularnie? Ustaw Brief jako preferowane źródło informacji w Google.